Fundacja Strefa Kobiet

Tag: projekt dla kobiet

Zapraszamy na warsztaty – Proste zasady obsługi człowieka

W ramach Projektu „Kim jest kobieta, która mieszka we mnie?” zapraszamy Was na warsztaty „Proste zasady obsługi człowieka – jak zadbać/zachować/przywrócić zdrowie?”

kim jest kobieta, która mieszka we mnie?

Tematy spotkań

1.  Jak pozbyć się chorób i nadwagi? – skąd biorą się choroby i jak im zapobiegać?
(w temacie: z czego zbudowany jest człowiek, sekret starzenia się i witalności, geneza chorób, rola odżywiania)
2.  Funkcje układu pokarmowego, trawienie, oczyszczanie, równowaga kwasowo-zasadowa,
(w temacie: dlaczego ważne są zdrowe jelita i jak o nie dbać, antybiotyki i probiotyki, wartość odżywcza pokarmów – co jeść, czego unikać i dlaczego)
3.  Terapie naturalne (depresja, migrena, miażdżyca, rak, choroby autoimmunologiczne), rola witamin i mikroelementów, suplementacja, aktywność fizyczna.

Organizacja spotkań:

Terminy: 1.03., 8.03., 15.03.2016r. (wtorki)

Godziny: 18.15- 20.15

Miejsce: Szczecin, Aleja Papieża Jana Pawła II 15/12

Inwestycja: karma dla naszych podopiecznych – dla ósemki naszych kamienicznych kotów

Warsztaty poprowadzi: Marta Krysztofiak, lat 42, rodzina – facet marzeń + dwa koty; z zawodu architekt, w przypływach optymizmu także z zamiłowania; po godzinach – zupełnie nieperfekcyjna pani domu. Zainteresowania – języki obce, rozwój, robótki ręczne (i szydełko i wiertarka), tenis, góry, a od kilku lat intensywnie medycyna naturalna i wpływ diety na zdrowie.

Marta wie co mówi, co przekazuje, ponieważ wszystkiego, czym się z Wami podzieli doświadczała i doświadcza na sobie. Wyselekcjonowała dla siebie to, co najlepsze, a obecnie korzysta z dobrodziejstw, nie ustając w dalszych poszukiwaniach. Bo kobieta dojrzała nie musi cierpieć na nadwagę, zmagać się z różnymi dolegliwościami, „bo to taki już wiek”. Może żyć zdrowo i bez większych dolegliwości.

Zapraszamy osoby, którym zależy na zadowoleniu z życia, bez limitów wiekowych!

Dodatkowe informacje i zapisy: tel.: (Małgosia) 506 074 740 lub strefakobietszczecin@gmail.com

Mamy tylko 10 miejsc – decyduje kolejność zgłoszeń!

CODZIENNIE KROK DO PRZODU – AGATA, o lękach, szacunku do siebie i potrzebie bycia z innymi!

codziennieW ramach autorskiego projektu CODZIENNIE KROK DO PRZODU zamieszczamy opowieści zwykłych-niezwykłych kobiet, które poznałyśmy w naszej fundacji lub które przewinęły się przez nasze życia przy okazji różnych naszych działań, wyjazdów, wydarzeń. Zaprosiłyśmy je do tego, żeby podzieliły się z innymi swoimi doświadczeniami, żeby opowiedziały o tym, jak udało im się podnieść po różnych życiowych zawirowaniach i nie tylko wstać, ale CODZIENNIE stawiać chociażby ten jeden KROK DO PRZODU! To kobiety, które uwierzyły, że warto się starać i żyć jak najpełniej się tylko da. Kobiety w różnym wieku, z różnych miejsc, z różnym wykształceniem, pochodzeniem, zasobnością portfela – prawdziwa przebogata mozaika!

Agatę* poznałam kilka lat temu, pojawiła się po prostu na jednym z naszych wydarzeń, potem wzięłą udział w cyklu warsztatów. Bardzo pozytywna postać, skupiona, trafnie analizująca, z lekko sarkastycznym, ale uważnym na otoczenie, poczuciem humoru. Wydawała mi się poukładana wewnętrznie i bardzo silna, świadoma swoich deficytów i zasobów. To bardzo młoda osoba, chwilę po studiach, więc postanowiłam dać jej szansę i złożyłam niewielką ofertę współpracy. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że lęki przed wyzwaniem zablokowały ją na kilka miesięcy przed kontaktami ze mną. Zazwyczaj udaje mi się dość szybko odczytywać ludzi, w tym przypadku poniosłam klęskę. Jednak nauczyłam się nie odpuszczać wobec osób, które wydają mi się cenne i ważne i tylko dzięki temu poznałam drugą stronę Agaty, tę delikatną, nieco pokruszoną, chwilami mroczną, ale też walczącą i stawiającą na swoim.

Za zaproszenie do przedsionka swojego wnętrza bardzo Ci dziękuję, Agato! Podziwiam Cię za umiejętność dystansowania się do sytuacji i podnoszenie po upadkach!

Spisałam wiernie Agaty wypowiedź; nie chciała jej napisać sama. To też dla mnie wielka odpowiedzialność. Trochę to trwało, zanim poczułam, że dam sobie radę z zarysowaniem ludzkiego śladu na piasku, tak, żeby to był dalej ślad tego właśnie człowieka, na odpowiednim poziomie wyrazisty, ale też w odpowiednim zakresie rozmyty.

Agata o sobie:

Chcę opowiedzieć o tym, jak praca nad sobą jest ciężka i w sumie chyba nigdy niekończąca się. Jestem jeszcze młodą osobą, a pracuję nad sobą już od 6 lat. I wciąż huśtawka: raz małe zwycięstwo, a za chwilę spory kryzys i ciąg gorszych dni.

Wiem jakie mam w sobie zasoby i to powoduje, że za każdym razem się podnoszę. Na pewno jestem wytrwała, uważna i cierpliwa, uparta i odważna, a przede wszystkim szczera wobec siebie (co jest dla mnie szczególnie cenne).

Ale mam też w sobie trochę lenia, szczególnie jeżeli chodzi o dawanie ludziom tyle, ile by ode mnie chcieli. Jeżeli coś nie jest moją pasją, to nie widzę sensu, żeby wkładać w to dużo energii.

Mam świadomość, że jestem z pokolenia rozpieszczanych dzieci i uważam, że właśnie dlatego nie umiem radzić sobie z problemami. A czyjaś uwaga wyprowadza mnie wręcz z równowagi. Uczę się odpuszczać, bo to też antidotum na mój perfekcjonizm.

Nie pracuję teraz w wyuczonej przez siebie profesji. Postanowiłam trochę odejść, oddalić się, zdystansować od tego, co wydawało mi się kiedyś, że będzie dla mnie najlepsze. Zawód był ogromny i realiami w pracy, i sobą.

Teraz pracuję w grupie. Mówię o sobie, że jestem trybikiem w maszynie i jest mi z tym w miarę dobrze, głowa mi odpoczywa od poprzednich doświadczeń. Staram się wyłapać, jakie myśli pojawiają się we mnie na temat mojej zawodowej przyszłości i z tym wciąż jeszcze jest różnie. Ta praca na początku pobudziałą we mnie syndrom ofiary, ale z czasem zrozumiałam, że jak bardziej się postaram, zadbam o siebie, to ludzie mnie zaczynają doceniać, zauważają, chwalą, a to mi wychodzi na dobre, zwyczajnie się opłaca. Nie chcę uciekać tym razem, chcę o siebie zawalczyć.

Rok temu trafiłam do Anonimowych Żarłoków (AŻ). Dziewczyny z grupy dodają mi sił, a to mi pozwala na bycie szczerą wobec siebie – niezwykle ważne przy mojej przypadłości, przy moim nałogu! Mam ogromną potrzebę bycia w grupie wsparcia, posiadania takie stałego, bezpiecznego dla mnie miejsca. Brakuje mi ludzi, z którymi mogłabym pogadać na temat inny, niż mój własny rozwój, zmiany, praca nad sobą. Potrzebuję takich „zwykłych” tematów również. W tej grupie to mam!

Mam świadomość, że skrzywdziałam rodzinę swoim nałogiem, szczególnie jedną ważną dla mnie osobę. Niestety już jej nie ma wśród nas, a ja nie zdążyłam przeprosić jej za to, że odcięłam się i od niej, i od pozostałych bliskich. Mam z tym problem, bo nie mogę już nic zrobić. Może kiedyś sobie wybaczę…

Powoli stosunki z bliskimi poprawiają się. Szczególnie wzbiera we mnie radość, gdy obserwuję moją mamę: po życiu z przemocowym partnerem, odcięłą się i teraz naprawdę kwitnie. Jest mi tym lepiej, że odrobinę dała sobie pomóc w tej trudnej sytuacji, a tym bardziej, że tę pomoc przyjęła ode mnie.

Na wszystko potrzeba czasu – wiem to. Trudne i przykre doświadczenia bolą i często podcinają skrzydła – to też wiem. Ale wiem też, że ważne jest, żeby siebie szanować, pamiętać o swoich potrzebach i dbać o nie, troszczyć się o swoją kobiecość, celowo nie robićź sobie krzywdy. I zmieniać stare, ograniczające mechanizmy – tak to jest niezwykle ważne! Czas i cierpliwość i wiara, że się uda! No i ludzie, ci którzy chcą dla mnie dobrze, dbają o mnie, troszczą się, którym zależy! Już pamiętam, żeby też o nich dbać, nie odcinać się, próbować dogadywać, układać, tłumaczyć… ŻYĆ!

*Agata – na prośbę rozmówczyni jej imię zostało zmienione.

CODZIENNIE KROK DO PRZODU – NATALIA, o zdrowieniu, zwalnianiu i stawaniu się dla siebie coraz ważniejszą osobą!

 

codziennie

W ramach autorskiego projektu CODZIENNIE KROK DO PRZODU zamieszczamy opowieści zwykłych-niezwykłych kobiet, które poznałyśmy w naszej fundacji lub które przewinęły się przez nasze życia przy okazji różnych naszych działań, wyjazdów, wydarzeń. Zaprosiłyśmy je do tego, żeby podzieliły się z innymi swoimi doświadczeniami, żeby opowiedziały o tym, jak udało im się podnieść po różnych życiowych zawirowaniach i nie tylko wstać, ale CODZIENNIE stawiać chociażby ten jeden KROK DO PRZODU! To kobiety, które uwierzyły, że warto się starać i żyć jak najpełniej się tylko da. Kobiety w różnym wieku, z różnych miejsc, z różnym wykształceniem, pochodzeniem, zasobnością portfela – prawdziwa przebogata mozaika!

 

 

Natalię* znamy od kilku lat. Wrażliwa, miła i bardzo ciepła osoba. Pierwsze kontakty przebiegały w sporym rozchwianiu emocjonalnym z jej strony, ale mimo tego zawsze miała w zapasie dużo pogody ducha i życzliwości dla ludzi. Pojawiła się u nas z niewesołą perspektywą swojego dalszego osobistego życia. Dziś ma już wiele zmian za sobą, a wiemy, że chciałaby znacznie więcej i temu dopingujemy.

Natalia jest przykładem dojrzałej kobiety, która doskonale zna swoją wartość, nie zapomina o tym, czego dokonała, co osiągnęła, szczególnie zawodowo, i dzięki temu nie ma w niej zgody na tkwienie w układzie bez perspektyw, na życie w odrętwieniu, na odmawianie sobie zaspokajania własnych potrzeb. Chce się spełniać na każdym polu, a że nie wszystko tu i teraz jest zależne od niej, dokonuje zmian i ulepsza swoje życie tam gdzie tylko może.

Niepotrzebna nam była rozmowa face to face, wiedziałam, że Natalia sama doskonale da sobie radę z naszą propozycją i tak też się stało.

Przeczytajcie, co ma Natalia ma Wam do przekazania.

***

Witam wszystkie Czytelniczki i wszystkich Czytelników.

Kiedy Małgosia zaproponowała mi udział w projekcie, moją pierwszą myślą było – super, fajnie, opowiem o sobie bo fajna jestem i niech się pochwalę.

Potem przyszła refleksja numer dwa – no niby taka jestem fajna, to niby co mam o sobie napisać?… Że pochwalić się? Niby czym?… Właściwie to raczej przeciętna jestem taka, nie jakaś bojowniczka ani za, ani przeciw, przeciwności losu mnie nie zjadają (odpukać) i walczyć z nimi nie muszę, nie tworzę jakichś ambitnych projektów, nie udzielam się bardzo… O czym więc pisać?…

A, pal licho, miało być o mnie to będzie o mnie. I o codziennym kroku do przodu.
Ważne jest to „do przodu”. Bo jak jest przód, to znaczy, że jakiś kierunek jest i wtedy można dokądś podążać. Albo nie podążać, jak się nie chce lub nie może. Ale jak kierunku nie ma, to „krok po kroku” można iść donikąd…

Bo ja tak sobie długo szłam przez życie bez świadomości podążania dokądkolwiek. Życie mnie pchało trochę tu, trochę tam. Szkoły, studia, małżeństwo, dziecko, praca, kariera… wszystko się w odpowiedniej porze pojawiało i jakoś tam się działo. Nawet jeśli czasem wydawało mi się, że niekoniecznie właśnie tego chcę, to jakoś nie miałam chwili na to, aby się zatrzymać, zastanowić, pomyśleć – czy to na pewno mój kierunek jest? Czy to właśnie mój „przód”? Wszystko szło szybko i samo się działo, jedne obowiązki goniły następne, potrzeby rosły, możliwości również, tylko czasu na korzystanie z tych możliwości było jakby coraz mniej. I świadomości coraz mniej. I ciekawości, i radości też coraz mniej.
I tak się doprowadziłam do stanu typowego „praca – dom – spanie – praca – jedzenie – dom – spanie – praca – dom – praca – …” Jak chomiczek w kołowrotku.

Trochę nawet próbowałam robić rzeczy „dla siebie”, ale nawet jak znajdowałam czas na przyjemność, to uparty mózg cały czas gdzieś tam w tle i tak przetwarzał – co, kiedy, gdzie i w jakiej kolejności jeszcze mam zrobić. Czytam sobie książkę (no przecież przyjemność sobie zrobiłam, czyż nie?), ale w głowie nieustanne: „jeszcze przygotować coś tam na sobotę”, „ten raport w pracy to pamiętaj że jeszcze trzeba dopracować”, „nie zapomnij że…”, „ile tam ludzi ma być – chyba ze dwadzieścia?”…
I tak rok po roku. Zmęczenie straszne. I smutno coraz bardziej. I samotnie. No ale przecież „nic złego się nie dzieje” i „no czego ty wymyślasz, dziewczyno?, przecież wszystko gra” – sama tak do siebie mówiłam i sama sobie wmawiałam, że jest dobrze. Przecież rodzinę mam, nikt nie choruje, z pieniędzmi dajemy radę, jest co jeść i gdzie mieszkać, dziecko jakoś się uczy i nie wagaruje, no to – o co kaman?…

W końcu organizm powiedział – dość. Skoro sama nie widziałam, że jest źle, to moje ciało zaczęło mi to wyraźnie dawać do zrozumienia (bo nasze ciała całkiem mądre są – teraz to wiem). Zaczęło boleć. To było ze cztery lata temu.
Chodzenie po lekarzach w poszukiwaniu diagnozy dało tylko jedno – wszystkie badania mówiły, że jestem zdrowa 🙂 . A ból był już taki, że w nocy spać nie mogłam, a nawet jak zasnęłam, to się budziłam przy byle ruchu. Ale zdrowa jestem przecież…

No to jak nie lekarze, to ja sama muszę pomyśleć. I zaczęłam myśleć. W końcu zaczęłam myśleć. O sobie. I o tym, czego może MI potrzeba… Nie mojej mamie, nie dziecku, nie mężowi, nie szefowi, nie koleżance, tylko MI. I wiecie – okazało się, że ja też potrzebuję różnych rzeczy. Jeszcze nie do końca i nie zawsze wiem, jakich. I jeszcze nie do końca wiem, jak je sobie dać…
Ale przynajmniej mam już kierunek – poznać siebie. Poznać siebie bardziej. I poznać świat i jego możliwości. Bo świat ciekawy bardzo jest. I ja też jestem ciekawa. Jestem ciekawa świata i ja jako osoba jestem ciekawa dla świata. Bo fajna jestem 🙂 .

Nadal dużo pracuję, nadal mam dużo obowiązków i właściwie jakby spojrzeć obiektywnie, to tak za dużo to się nie zmieniło. Tylko ja się zmieniłam bardzo i moje podejście do siebie samej i do świata naokoło. Jestem ważna i mam prawo chcieć albo nie chcieć, zgadzać się albo odmawiać. To takie proste, a takie trudne…
Znów mnie wiele rzeczy cieszy. Znów zaczęłam zauważać te rzeczy, które mnie cieszą i dałam im na to szansę. Zauważam siebie samą i widzę, kiedy mam już dość. Uczę się wyciszać, zwalniać, dostrzegać… Te ostatnie parę lat (tak, tak, to nie przychodzi samo ani szybko) dużo pracowałam nad sobą i swoim podejściem do życia, do świata, do siebie i do innych. Teraz się sobie podobam.
Ciało jeszcze czasem boli, ale coraz rzadziej i znacznie, znacznie mniej. Ani w spaniu mi nie przeszkadza, ani żadnych leków nie biorę. Próbuję różnych nowych rzeczy, czytam o wielu fajnych rzeczach, zauważam nowe obszary, które dotychczas albo pomijałam (bo brak czasu) albo lekceważyłam (bo to głupoty jakieś), nowych ludzi spotykam. Ciekawych.
Jeszcze czasem bywają gorsze dni, no ale bez nich nie odczuwałabym przecież tych lepszych. Jeszcze nie wszystko ułożyłam sobie tak, jak bym chciała, ale dzięki temu mam na co czekać i co planować. Jeszcze wiele mam spraw, które czekają na przemyślenie i czasem – podjęcie decyzji. Ale to powoli… Codziennie krok po kroku… Do przodu 🙂 .

PS. Jak widać, teraz popadłam w drugą skrajność – nieuleczalny optymizm 🙂 . Może z czasem trochę mi przejdzie, ale na razie podoba mi się tak, jak jest.

*Natalia – na życzenie osoby piszącej powyższe jej imię zostało zmienione.

CODZIENNIE KROK DO PRZODU – KAJA, Kobieta konsekwentnie poszerzająca własną strefę komfortu!

codziennieW ramach autorskiego projektu CODZIENNIE KROK DO PRZODU zamieszczamy opowieści zwykłych-niezwykłych kobiet, które poznałyśmy w naszej fundacji lub które przewinęły się przez nasze życia przy okazji różnych naszych działań, wyjazdów, wydarzeń. Zaprosiłyśmy je do tego, żeby podzieliły się z innymi swoimi doświadczeniami, żeby opowiedziały o tym, jak udało im się podnieść po różnych życiowych zawirowaniach i nie tylko wstać, ale CODZIENNIE stawiać chociażby ten jeden KROK DO PRZODU! To kobiety, które uwierzyły, że warto się starać i żyć jak najpełniej się tylko da. Kobiety w różnym wieku, z różnych miejsc, z różnym wykształceniem, pochodzeniem, zasobnością portfela – prawdziwa przebogata mozaika!

Kaję znamy już od dłuższego czasu. Wiedziałyśmy dobrze, że proponując Jej udział w naszym projekcie uzyskamy bardzo cenny materiał i dla siebie i dla Was. I tak się stało. Umówiłyśmy się w Strefie, po to bym mogła spisać Jej opowieść, ale zapisałam niewiele – wsłuchałam się w słowa, wpatrzyłam w miny i gesty – to był bardzo dobry przekaz, wartościowy, pełen różnych, prawdziwych emocji. Wiedziałam, że po naszym spotkaniu Kaja sama, w zaciszu domowym, spisze najlepiej własną opowieść. Nie myliłam się!

*Kaja – młoda, piękna Kobieta, po ogromnej życiowej przemianie, odważna i konsekwentna, a przy tym wszystkim niezwykle ciepła i miła, radosna, ze specyficznym poczuciem humoru (pomieszanie delikatności z zadziornym pazurkiem); Kobieta, która zawalczyła o siebie i wzięła swoje życie pod własną opiekę… Obserwujemy, jak zmienia się w cudownego motyla, dopingujemy też zmianie – to bardzo pozytywny obraz.

Kaja zmieniła swoje życie, a teraz je troskliwie pielęgnuje, bo dobrze wie, że pamięć o własnych potrzebach nie może być okazyjna, z doskoku. To proces i ciężka praca, ale niezwykle opłacalna.

Poznajcie opowieść Kai 🙂

O strefie komfortu, życiu poza nią i byciu sobą

Mam bardzo mocno zapuszczone korzenie w strefie komfortu. Wynika to z mojego życia, które dotychczas prowadziłam.

Okres dzieciństwa i dorastania spędziłam w tradycyjnym modelu rodzinnym, czyli rodzice dający poczucie bezpieczeństwa swoim dzieciom. Głównie to ojciec był osobą, która dawała je całej mojej najbliższej rodzinie czyli mamie, mnie i mojemu rodzeństwu. Było tak dlatego że ojciec odgrywał rolę najważniejszego, najmądrzejszego, wiedzącego najlepiej, a reszta była mu podporządkowana, szanując jego zdanie, decyzje, bo przecież on wie najlepiej i chce naszego dobra.

W takim modelu przeżyłam 25 lat, nie zawsze zgadzając się ze zdaniem rodziców, ale bojąc się mieć swoje własne. Gdy minął okres wspólnego mieszkania i przyszedł czas by wziąć życie we własne ręce, czyli wyprowadzki do innego miasta, czułam się szczęśliwa, ale i przerażona. Zamieszkałam sama, podjęłam pracę i zaczęłam żyć po swojemu. Realizowałam swoje plany, to czego zawsze chciałam spróbować, uczyć się tańczyć, bo tego od dawna pragnęłam.

Jednak to czego kiedyś chciałam spróbować nie uczyniło mnie szczęśliwą. Szybko pojawiła się niechęć, brak wiary w siebie, we własne możliwości, zbyt wysokie stawianie sobie poprzeczki. To wszystko zniechęcało, sprawiło, że szybko poczułam się samotna, bez kogoś bliskiego, kto by był przy mnie i motywował w takich chwilach. Nie musiałam długo czekać, bo w moim życiu pojawił się ktoś, kto stal się dla mnie kimś ważnym. Był gdy potrzebowałam wysłuchania, pomocy, dawał mi swoje zainteresowanie, wspierał i zaopiekował się. Wtedy zrezygnowałam ze wszelkich moich zainteresowań, tańca i schroniłam się w życiu z drugą osobą i dla niej.

Z czasem moja intuicja, mój wewnętrzny głos, zaczął mi podpowiadać i oznajmiać, że coś jest nie tak, że nie jestem szczęśliwa w tej relacji, z tym partnerem, ze sobą samą i domagał się żebym coś z tym zrobiła. Jednak robiłam niewiele, bo zrobienie czegoś oznaczało sprzeciwienie się drugiej osobie, życie po swojemu, a to wiązało się z konsekwencjami, choćby takimi, że będę musiała opuścić dotychczasową strefę komfortu i ponownie żyć w pojedynkę. Myśl o tym powodowała u mnie przerażenie tak silne, że po próbach przeciwstawienia się, zawalczenia o siebie, zawsze pasowałam. Stwierdzałam, że jednak spróbuję naprawić tą relację, uszczęśliwić siebie i dalej żyć. W strefie komfortu, nie zawsze wygodnej, komfortowej, ale własnej i znanej. Takie postępowanie sprawiało, że coraz bardziej słabłam w sensie psychicznym, wegetowałam; zamiast żyć w zgodzie ze sobą, unieszczęśliwiałam siebie i jednocześnie oskarżałam samą siebie – masz czego chciałaś! W tym wszystkim byłam niepewna siebie, swoich myśli, uczuć, pogubiona, chcąca z tym skończyć, ale jak mam to zrobić? Wyjście poza strefę komfortu oznaczało zmianę życia, otoczenia – niby chciałam, ale bałam się nieznanego.
Teraz żyję w mojej własnej strefie komfortu, w pojedynkę sama ze sobą i wiem, że da się tak żyć. Po opuszczeniu mojej kolejnej strefy komfortu zrozumiałam, że muszę zacząć żyć według własnych zasad, a nie czyichś. Teraz żyję we własnej strefie komfortu, czyli reguły ustalam ja sama, w porozumieniu ze sobą :). Często pytam siebie czego chcę, co czuję, jak bym chciała coś zrobić, czego się boję i słucham mojego wewnętrznego głosu, tego co mi odpowiada, co by chciało moje wewnętrzne dziecko. Teraz już nie obwiniam siebie, nie ganię za niepowodzenia. Poprzeczki ustawiam, ale już nie tak wysoko jak kiedyś, bo wiem, że wszystko jest pracą, nawet ciężką, a każda, nawet najmniejsza zmiana czegoś w sobie, jest jednocześnie tą największą. Pokochałam siebie, wszystko co robię, robię dla mnie samej.

Przez ten okres, kiedy opuściłam moją strefę komfortu było mi cholernie ciężko! Wtedy wszystko się posypało, moje życie, cała Ja, nawet o moje zdrowie. Jedyną osobą, którą zawsze miałam, mam i będę miała to Ja sama, więc kogo mam kochać najbardziej w świecie, jak nie siebie?! Tylko Ja sobie pomagałam, gdy choroba powaliła mnie z nóg. Wszystkie osoby, na które mogłabym wtedy liczyć, były daleko. Stanęłam na wysokości zadania i zawalczyłam o siebie. Zaczęłam zwracać większą uwagę na to co jem i ile, bo był taki okres, że nie czułam potrzeby by jeść, dostarczając organizmowi minimum. Zmieniłam nastawienie do kupowania jedzenia i jego konsumowania. Chciałam dostarczyć swojemu organizmowi cennych witamin, żeby miał siłę dalej walczyć, żeby miał siłę żyć, a nie jechał na rezerwach. To wszystko to ciągły proces, który będzie trwał przez całe życie. Teraz wiem, że to co zrobiłam było słuszne. Zawalczyłam o siebie. Robiąc to co teraz robię, jestem spójna sama ze sobą, a to daje mi wiarę, że to wszystko ma sens.

W chwilach zwątpienia (a bywa ich dużo), które co jakiś czas mi towarzyszą, szukam zrozumienia mojego stanu i drogi, którą przemierzam w literaturze – lubię czytać. Szerokim źródłem informacji jest także Internet. Mam ulubione strony, na których znajduję wartościowe przemyślenia, rady i biorę z nich to, co dla mnie najlepsze. Lubię także chodzić na wszelkiego rodzaju warsztaty, które wpływają na mój rozwój, pozwalają spojrzeć na sytuacje z innej perspektywy, a także zintegrować się z innymi osobami. Moja strefa komfortu ciągle ewoluuje razem ze mną, ale najważniejsze jest to, że nie obawiam się zmian i jestem na nie otwarta, bo przecież życie pisze różne scenariusze.

Nie wspomniałam jeszcze o jednym – w strefie komfortu, którą sama zbudowałam i wciąż buduję, podjęłam naukę tańca. W końcu robię to pełna piersią i to mnie uszczęśliwia! Oprócz tego rozwijam także inne zainteresowania, które w sobie odkrywam. Oczywiście także i teraz mam chwile zwątpienia w to co robię, bo każda nauka czegoś nowego to duży trening dla nas samych, dla naszych słabości, ale teraz wiem, jak siebie zmotywować i jakich argumentów w stosunku do siebie użyć, żeby nie dać się pokonać własnym słabościom, żeby wciąż mi się chciało, żeby iść do przodu, codziennie krok do przodu! 😀

Pozdrawiam serdecznie Kaja

*Kaja – na prośbę rozmówczyni, jej imię zostało zmienione

CODZIENNIE KROK DO PRZODU – BARBARA, kobieta smakująca świat pisaniem.

 

 

 

 

Dziś opowieść Barbary, kobiety, która napisała do nas z drugiego końca Polski, po to by podzielić się z nami i z Wami historią swojej miłości do pisania, do innych ludzi i do samego życia!

 

Opowieść Barbary:

W moim życiu wiele się wydarzyło. Mam za sobą wiele ciekawych chwil, miłych, niemiłych. Los mnie doświadczył.
Miałam 25 lat jak wydawało mi się wtedy runął mój świat, nastąpiła zmiana, nastąpiło przebudzenie. Narzeczony mnie porzucił dla innej, ot banalna historia, tylko powód może mniej banalny jak na tamte czasy- pieniądze. Wtedy jeszcze studiowałam, ale po okresie rozpaczy, a bardzo to przeżyłam, to bolesne, przykre rozstanie wstąpił we mnie nowy duch, nowa nadzieja, zaczęłam działać. Znalazłam na czas wakacji pracę w dużym mieście, tam się przeprowadziłam, znalazłam też dodatkowe zajęcie, dodatkowe źródło dochodu, sprzedaż kosmetyków. Potem skończyłam studia, zaczęłam pracować, któregoś razu szef mnie nagle zwolnił, wykrętnie się tłumaczył, w tym czasie doszły poważne problemy ze zdrowiem, co utrudniało mi bardzo życie codzienne i zawodowe, mimo to, mimo cierpienia nie poddawałam się chodziłam do pracy. Zaczęłam też szukać nowej pracy i ją dostałam, mimo że wyniki badań lekarskich były zatrważające, nieciekawe, co mnie zdołowało, ale cieszyłam się, że dostałam pracę, tym razem w innym mieście, w którym zamieszkałam, poznałam nowe osoby, pracując tam zaczęłam tworzyć, ot, niewinne, miłe, nieskomplikowane, ale wesołe, rymowane życzenia- wierszyki dla koleżanek na urodziny czy imieniny, co bardzo im się podobało i mówiły, że marnuję się w tym urzędzie. Pisałam już kiedyś dawno temu wiersze, ale siostra z tego kpiła, stwierdziła, że ze mną jest chyba coś nie tak, skoro piszę wiersze, nikt nie czytał tych wierszy, więc po jakimś czasie zeszyt z nimi wylądował gdzie na dnie szafy.
5 lat temu przez przypadek znalazłam w Internecie stronę Marzycielska Poczta, wspaniała akacja pisania listów do dzieci, pisanie na stronie Marzycielskiej Poczty do dzieciaków, wspaniałych, mądrych, wrażliwych dzieci, to One zainspirowały mnie do pisania. Zaczęłam pisać wiersze o zwierzątkach, o tym jakie są, co je charakteryzuje, wyróżnia, wiersze te czytały marzycielskie dzieci. Niejednokrotnie pisałam wiersze o tych dzieciach, tworzyłam historyjki o Nich, dla Nich. Kiedyś też napisałam nową wersję pewnej znanej współczesnej bajki, wydrukowałam ja i oprawiłam, dałam w prezencie mojej siostrzenicy, inne dzieci też ją czytały, podobała się im ona.
W tamtym roku odważyłam się i wzięłam udział w konkursie literackim z okazji Światowego Dnia Kota, napisałam wiersz o moich kotach, spodobał się jury, zostałam wyróżniona, nagrodzona w konkursie, dodam, że w tym roku też zostałam wyróżniona w tym konkursie literackim organizowanym przez Miejską Bibliotekę Publiczną, tym razem napisałam opowiadanie o kotach, z dreszczykiem to było dla mnie wspaniałe osiągnięcie, miła sprawa.
Od ubiegłego roku intensywnie tworzę, wiersze dawałam do przeczytania moim znajomym, mówili, że dobrze się czyta moje wiersze, że mam lekkie pióro, że tak ładnie w słowa ubieram swoje emocje, pragnienia, wyrażam w nich w siebie, czytanie moich „dzieł” sprawiało im radość.
Brałam udział w innych, internetowych konkursach literackich i nic, bez echa, nawiązałam nawet kontakt z jednym z łódzkich stowarzyszeń literackich, na ich potrzeby, specjalnie dla nich napisałam przeszło 25 wierszy, Pani z tego stowarzyszenia przysłała mi wiadomość, że nie są jednak Oni zainteresowani wydaniem moich wierszy, było mi przykro, że mam się skontaktować z lokalnym środowiskiem twórców, co zrobiłam, ale nie dostałam, żadnej odpowiedzi, znowu nic lub założyć bloga z wierszami, ten pomysł jakoś budził we mnie wątpliwości. Nie poddałam się, wzięłam więc udział w pewnym konkursie literackim, internetowym, brałam już raz w nim udział, nie zdobyłam żadnej nagrody, ale trudno, raz byłam rozżalona, smutno mi było, byłam też zrezygnowana, napisałam więc do redaktora, organizatora tego konkursu, napisał, że dobrze, że mam samokrytykę, ale trochę niepotrzebnie, za bardzo, że bardzo wielu ludzi brało udział w tym konkursie, nie sposób więc wszystkich wyróżnić, docenić, było tylko 3 laureatów.
Któregoś razu jednak spontanicznie utworzyłam bloga, napisałam kilka wierszy, jednak mój entuzjazm został szybko zgaszony, ktoś wyśmiał mnie, moją twórczość, zlekceważył, stwierdził, że nie umiem pisać, nie mam talentu, że wiersze są żenujące, po namyśle usunęłam więc bloga, dodam jednak, że ktoś napisał, że mam się nie przejmować negatywnymi komentarzami, że to mój blog i mogę na nim piać co i jak chcę, potem znowu założyłam następny blog, ale go też usunęłam, ale „do trzech razy sztuka”. Mój najnowszy blog prowadzę już ponad miesiąc, na wszelki wypadek wyłączyłam opcje komentarze, by się nie denerwować, co jakiś czas zamieszczam tam wiersze, blog ten ma już kilkaset odsłon.
Piszę, bo lubię, to mój sposób na życie, na smutki, na stres, choć mój stan zdrowia się pogarsza, za mną dwie i przede mną kolejne dwie operacje kręgosłupa to staram się znaleźć czas by pisać, piszę oczywiście, jak mogę, jak ból nie jest zanadto dokuczliwy.
Teraz moje wiersze czyta ktoś jeszcze, nie wiem co z tego wyniknie, z tej znajomości, ale trzeba być dobrej myśli, ten ktoś, dla mnie ważny wspiera mnie w moich działaniach, nie śmieje się ze mnie, z mojej pasji, nie kpi z niej jak siostra czy kolega, lubi czytać moje wiersze, podobają się Mu one, też kiedyś pisał wiersze, mamy więc jedno z kilku wspólne zainteresowanie.
Oprócz pisania wierszy, piszę też maile, kontaktuję się z różnymi fundacjami, stowarzyszeniami, które pomagają innym, min. chorym dzieciom, kobietom, na ogół dostaję pozytywne maile z miłymi słowami, podziękowaniami, czasem moje maile pozostają bez odpowiedzi.
Kiedyś poznałam miłą, starszą Panią z lokalnego oddziału Amazonek, razem zorganizowałyśmy profilaktyczne spotkanie na temat walki z rakiem piersi, mało Pań było na tym spotkaniu, ale ważne, że choć kilka na nie przyszło, było zainteresowane tym tematem, rozdałam też koleżankom stosowne kalendarzyki, materiały jak walczyć z rakiem, jak się badać.
Lubię myśleć o innych, pomagać innym, warto, to cieszy, daje chęć, bodźce do działania, życie czyni lepszym, ciekawszym, to miłe, wyjątkowe wyróżnienie jak chore dzieci z całej Polski mówią do mnie ciociu, spotykają się ze mną, piszą do mnie, dzwonią, przysyłają kartki z różnych okazji, wspierają w ciężkich chwilach choć same lekko nie mają.
Oto moja historia, historia trzydziestoparoletniej kobiety, „artystycznej duszy”, trochę zwariowanej i narwanej kobiety, która więcej i więcej chce smakować życia, cieszyć się nim, dzielić je z innymi, poznawać świat, innych ludzi, która tak bardzo chce żyć, po prostu żyć.

CODZIENNIE KROK DO PRZODU – MARCELINA: kobieta, która szuka i znajduje!

codziennieW ramach autorskiego projektu CODZIENNIE KROK DO PRZODU zamieszczamy opowieści zwykłych-niezwykłych kobiet, które poznałyśmy w naszej fundacji lub które przewinęły się przez nasze życia przy okazji różnych naszych działań, wyjazdów, wydarzeń. Zaprosiłyśmy je do tego, żeby podzieliły się z innymi swoimi doświadczeniami, żeby opowiedziały o tym, jak udało im się podnieść po różnych życiowych zawirowaniach i nie tylko wstać, ale CODZIENNIE stawiać chociażby ten jeden KROK DO PRZODU! To kobiety, które uwierzyły, że warto się starać i żyć jak najpełniej się tylko da. Kobiety w różnym wieku, z różnych miejsc, z różnym wykształceniem, pochodzeniem, zasobnością portfela – prawdziwa przebogata mozaika!

Marcelina* trafiła po raz pierwszy do Strefy kilka miesięcy temu. Potrzebna nam była jej fachowa wiedza i wsparcie, ale też energia i zdeterminowanie, jakim kieruje się w życiu i potrafi nimi zarażać innym. Nie było mowy o jakimkolwiek przełamywaniu lodów między nami – zatrybiło, mówiąć kolokwialnie, natychmiast. Kobieta pod każdym względem kolorowa, bardzo świadoma tego kim jest i z czym się mierzy. Konkretna i niezwykle delikatna – dwa w jednym. Niezwykły kontakt!

Kilka dni temu spotkałyśmy się ponownie. Słuchałam, notowałam, współodczuwałam, ale w efekcie, po wszystkim, zapytałam ją czy zechce spisać swoją opowieść sama. Miałam wrażenie, że Marcelina sama najlepiej czuje i wie czym chce się podzielić ze mną i z Wami i nie pomyliłam się.

Opowieść Marceliny:

Nazywam się Marcelina i urodziłam się 36 lat temu. Problemem było to, że urodziłam się w nie swoim ciele i musiałam funkcjonować jako chłopiec. Kiedy byłam dzieckiem nie było ogólnodostępnej wiedzy na temat transseksualizmu, nie było internetu, by znaleźć wsparcie i odpowiedź co się ze mną dzieje. Poza tym urodziłam się w patologicznej rodzinie – ojciec to alkoholik, neurotyk i sprawca przemocy. W takim domu szybko nauczyłam się, że ważniejsze jest to, by przetrwać, niż szukać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

Bardzo dużo energii zużyłam na przystosowywanie się. Nauczyłam się jak być „mężczyzną”, ale to nie był nigdy mój świat. Zawsze czułam, że coś jest nie tak. Uciekałam więc do świata książek i sztuki. Pisałam wiersze i opowiadania, tworzyłam instalacje i inne formy artystyczne. Była to dla mnie jakaś odskocznia.

Dzięki namowom przyjaciół zaczęłam terapię dla Dorosłych Dzieci Alkoholików. Uporałam się z moimi demonami: przemocą fizyczną, psychiczną i seksualną, które mnie spotkały w domu rodzinnym. Jednak ciągle czułam pod skórą, że coś jest nie tak, ciągle czułąm się nie na swoim miejscu, czułam że udaję…

Wyjazd służbowy na wiele miesięcy na drugi koniec kraju dał mi dużo czasu dla siebie, a narzędzia zdobyte na terapii pozwoliły na stanięcie przed lustrem i wyznanie samej sobie, kim tak naprawdę jestem. Nie było to łatwe, tym bardziej, że tyle lat „przystosowywałam się”, zamiast słuchać głosu mojego serca. Kiedy wreszcie pozwoliłam sobie na bycie sobą, na bycie kobietą, wszystko się ułożyło w mojej głowie i zaczęło do siebie pasować. Cała moja kobiecość, którą usiłowałam tłumić i nazywać jedynie „wrażliwością” wybuchła ze zdwojoną mocą.

Zrobiłam badania, które potwierdziły, że jestem zdrowa psychicznie i nie jest to tylko mój wymysł, a także rozpoczęłam terapię hormonalną prowadzoną przez specjalistę – seksuologa.

Mimo, że było ciężko ze znalezieniem pracy (nadal miałam dokumenty na stare dane), a badania i hormony kosztowały majątek, cały czas szłam do przodu, bo wreszcie mogłam być sobą!

Kiedyś nie wierzyłam w siebie i swoje umiejętności, a po zaakceptowaniu siebie, wszystko nagle zaczęło się zmieniać, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Po dwóch latach udało mi się uzyskać wyrok potwierdzający, że jestem kobietą. Z moim przyjacielem otworzyłam firmę usługową, zatrudniliśmy pracowników i prowadzimy biznes na zasadach fair-trade.

Wiersze i inne rzeczy, które tworzyłam tyle lat nagle okazały się atrakcyjne dla innych ludzi, że zaczęłam pokazywać moją sztukę w galeriach, zaczęłam także zarabiać na niej pieniądze!

Wystarczyło tylko po tylu latach „uśpienia” obudzić się z głębokiego snu, zacząć żyć po swojemu, a cały świat pomógł mi w moich działaniach. Na mojej drodze spotkałam wielu fantastycznych, inspirujących ludzi, którzy pomogli mi w ciężkich chwilach i zrozumiałam, że: „Kto chce szuka sposobu, a kto nie chce, szuka powodu”. Moje życie udowodniło mi, iż wszystkie marzenia się spełniają, wcześniej czy później, jeśli się w nie głęboko wierzy i stara się zrobić wszystko, by się spełniły.

Z gorącymi pozdrowieniami dla wszystkich kobiet, tych, które już ruszyły z miejsca i odmieniły swoje życie oraz tych, które właśnie się budzą.

*Marcelina – na prośbę rozmówczyni, jej imię zostało zmienione.

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén