Fundacja Strefa Kobiet

Miesiąc: sierpień 2013 Strona 1 z 3

Szczeciński Kalejdoskop Różnorodności, 31.08.2013 ( sobota)

1267530_437197849732886_380667278_o(1)

 

W ostatnią sobotę sierpnia w Sąsiedzkim Ogrodzie zakręcimy kalejdoskopem różnorodności. Spotkamy się z przedstawicielkami i przedstawicielami organizacji pozarządowych, nieformalnych grup i inicjatyw, by przyjrzeć się z bliska temu, co ciekawe i nieoczywiste. Zapraszamy na spotkania i warsztaty, a późnym wieczorem na imprezę.

Program:

12:00 – 13:50 – Przemek Głowa – Szczecińskie Drogi Kobiet (Piwnica KANY)

14:00 – 17:00 – warsztat antydyskryminacyjny z Małgorzatą Mrozik – OPEN UP

17:30 – 18:30 – dyskusja z Anną Godzińską o tym, dlaczego warto mieć żonę

[na podstawie tekstu „I want a Wife” Judy Brady (Syfers)]

21:00 – (?) – Muzyczna Strefa Kobiet – DJ Party

Organizatorzy: Stowarzyszenie Strefa Kobiet, Sąsiedzki OGRÓD, Gender dla średnio zaawansowanych. Dyskusje

Źródło: https://www.facebook.com/events/193059077538673/

Kary za przemoc domową w Arabii Saudyjskiej

 

Rada ministrów Arabii Saudyjskiej zatwierdziła przełomową ustawę, która wszelkie formy przemocy w rodzinie, w tym przemoc fizyczną, psychiczną i seksualną, uznaje za przestępstwa podlegające ściganiu i karaniu. Nowe prawo ma gwarantować ochronę przed różnymi nadużyciami, zapewniać ofiarom przemocy domowej pomoc i leczenie.

Zgodnie z ustawą wszystkie formy przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej będą traktowane jako przestępstwo. Według anglojęzycznego dziennika „Saudi Gazette”, minimalna kara więzienia wyniesie jeden miesiąc, a maksymalna – rok. Skazany może też zostać ukarany grzywną 5-50 tys. riali saudyjskich (od ok. 4250 zł do ok. 42 500 zł). a w przypadku recydywy kara ta zostanie podwojona.

Przepisy przewidują, że każdy, kto wie o przypadkach nadużyć i przemocy, będzie musiał natychmiast zgłosić je władzom. Organy ścigania są teraz odpowiedzialne za ściganie sprawców; wcześniej policja traktowała przemoc wobec kobiet i dzieci jako sferę prywatną, w którą raczej nie ingerowała.

Niektórzy działacze społeczni w Arabii Saudyjskiej powątpiewają, czy nowe prawo będzie wystarczająco surowe i skuteczne w walce z przemocą domową. Zgodnie z saudyjskim prawem kobieta może bowiem podróżować, studiować i poruszać się po mieście tylko ze swoim męskim opiekunem (np. ojcem, mężem lub bratem), a to on często jest właśnie sprawcą przemocy.

Suad Abu Dayyeh z organizacji Equality Now walczącej o prawa kobiet powiedziała 28 sierpnia BBC, że nowe prawo to pozytywny krok naprzód, ale musi być ono dobrze wdrożone. Jej zdaniem policja i sądy powinny przejść specjalne szkolenia, jak postępować z ofiarami przemocy domowej.

Z raportu przygotowanego przez Narodowy Program Ochrony Rodziny (NFSP) działający w Arabii Saudyjskiej wynika, że trzy na dziesięć kobiet w Arabii Saudyjskiej są ofiarą przemocy domowej. O tym problemie stosunkowo niedawno zaczęto mówić otwarcie. W kwietniu ruszyła kampania społeczna piętnująca to zjawisko. W reklamie widoczna jest kobieta w nikabie (chuście, która całkowicie zakrywa twarz i ma tylko niewielkie otwory na oczy), wyraźnie jednak widać, że lewe oko kobiety jest całkowicie zasiniaczone. Podpis brzmi: „Niektórych rzeczy nie da się ukryć. Wspólna walka z przemocą wobec kobiet”.

Źródło: http://lewica.pl/?id=28493&tytul=Arabia-Saudyjska-wprowadzi%B3a-kary-za-przemoc-domow%B1

Etykieta zastępcza

 

Pamiętacie etykiety zastępcze? Ja średnio, w końcu miałam wszystkiego 12 lat, gdy w telewizji nie było teleranka, a za to wystąpiła jedna okropna pani z loczkami i ogłosiła, że skończył się komunizm. W tym czasie bardziej mnie interesowały moje pierwsze miłości, jeżdżenie na rowerach z koleżankami z klasy i dość już kobiece ciało, wzbudzające niezdrową ciekawość tego czy owego wujaszka tudzież kuzyna.

Tematy, jakie poruszam na tym blogu – feminizm, przemoc domowa, prawa mniejszości – regularnie są nazywane “zastępczymi”. Jest to dla mnie kolejny przykład na to, że choćbyśmy nie wiem, jak zaklinali rzeczywistość i ogłaszali, że rewolucja jest wygrana – światem nadal rządzą bogaci, biali, heteroseksualni faceci, których w dużej mierze nie dotyczy dyskryminacja.

Mające skłonności do lekkiej mizandrii koleżanki mawiają niekiedy, że widać to po tematach, jakie zastępcze nie są: kolejne igrzyska (chłopcy lubią grać), tasowania w partiach (chłopcy lubią rywalizować), figle na giełdzie, architektoniczny kult cargo (postawimy wieżowiec i firma sama się sprowadzi) – działania polityczne i ekonomiczne służące w dużej mierze do utrzymania status quo, nie naprawy problemów, które w żaden sposób ich nie dotykają. Nierówność płac? Mniejsza emerytura? Pomoc ofiarom przemocy? Sfiksowały te baby.

Pierwszym krokiem do zrozumienia, w jak wielkim stopniu niezastępcze są to tematy, jest uświadomienie sobie uprzywilejowanej pozycji. Pisałam już kiedyś o tym: nigdy nie zwalczę do końca hipokryzji dyskutując o bezdomnych zza monitora drogiego laptopa, bo nie jestem w ich skórze. Jedyne, co mogę zrobić, to przypomnieć sobie okres, w którym nie było mi daleko do takiego stanu i uświadomić sobie, jak dużo miałam szczęścia, uzyskując wówczas wsparcie. Czasy niepewności ekonomicznej trochę pomagają w zrozumieniu tego wspólnotowego aspektu wydobywania się z dołka.

Tematy zastępcze są najbliżej życia, jak tylko mogą. Dotykają codziennej ekonomii: nie tej loterii na giełdzie, lecz tej, co do garnka włożyć i jak przeżyć do wypłaty. Dotykają codziennej psychologii: nie tej, jak sprzedać opony do nissana, lecz tej, jak wytłumaczyć córce, czemu ksiądz mówi o niej “diablica”, bo nie chodzi na religię. Socjologii: nie tej od promowania lepperów tego świata na liderów, lecz tej od przyczyn dziedziczenia biedy w łódzkiej kamienicy. The Other 99% science.

Uprzywilejowani po prostu nie pamiętają, że to, co mają zastane: ciepłe łóżko, wyżywienie, wspierający bliscy, dostęp do wiedzy, opieki lekarskiej i działających mediów – to nadal są przywileje, choć powinny być prawami. Neoliberalny paradygmat, w jakim żyjemy mniej więcej od czasów obwieszczenia pani z loczkami sprawia, że nadal jest problem z powszechną dostępnością tych świadczeń.

Więc my, nosicielki tematów zastępczych, przypominamy im o tym. Mówimy, że kluczowym jest najadać się pełnowartościowym posiłkiem, bo z tego rosną zdrowe, rozumne dzieci. Tłumaczymy, że ważny dla wszystkich jest bezpieczny dom, bo bez niego człowiek popada w depresje, uzależnienia i toksyczne relacje. Podkreślamy, że krzywda dzieje się częściej za drzwiami sąsiada niż w mrocznych uliczkach czy w luksusowych kasynach. Pokazujemy na to statystyki i badania, co jest trochę daremne w kraju, w którym najwięcej do powiedzenia ma gromada kolesi opowiadających mnóstwo rzeczy o swoim niewidzialnym przyjacielu.

Walczymy o poczucie bezpieczeństwa i spokój. O najbardziej podstawowe potrzeby emocjonalne każdego z nas.

Chciałabym, by inne dwunastolatki nie przeżywały przykrego zawstydzenia, jakiego doświadczałam (i jakiego doświadczają inne dwunastolatki na całym świecie); tego obmacywania wzrokiem, głupkowatych uwag, niezupełnie przypadkowych dotknięć – bo jak sobie z tym poradzić? My, feministki, staramy się także w ramach programów edukacji seksualnej uczyć młodych ludzi, jak reagować w takich sytuacjach. Ja, fetyszystka, doskonale wiem, że może się podobać tak młodziutkie ciało – wiem też, że najgorsze, co mogę zrobić, to pójść full Humbert Humbert. Nigdy nie wprowadzimy policji myśli, zależy nam tylko na tym, by potencjalny molestator poprzestał na własnych fantazjach.

kadr z komiksu "Blacksad" - chciałabym, by wszyscy reagowali na gwizdy jak kot po prawej

kadr z komiksu “Blacksad” – chciałabym, by wszyscy reagowali na gwizdy jak kot po prawej

Gdy miałam 12 lat, ważne były dla mnie pierwsze miłości, wypady na rowerach i moje ciało. Dwunastolatki w innych krajach kończą edukację, zachodzą w pierwsze ciąże, próbują narkotyków, trafiają na ulice. Byłam uprzywilejowana i staram się o tym pamiętać.

Źródło: http://szprotestuje.wordpress.com/2013/08/28/etykieta-zastepcza/

Warsztat antydyskryminacyjny – Open up

 

ZAPRASZAMY

na

WARSZTAT ANTYDYSKRYMINACYJNY

OPEN UP

 

TERMIN: 31 SIERPNIA 2013 (SOBOTA)

GODZ.: 14.00-17.00

MIEJSCE: OŚRODEK TEATRALNY KANA

ADRES: UL. ŚWIĘTEGO PIOTRA I PAWŁA 4/5, SZCZECIN

FORMA: WARSZTAT

GRUPA: KAMERALNA (10 – 12 OSÓB)

WSTĘP: WOLNY

***

ĆWICZENIA DOTYCZĄCE ZAGADNIEŃ:

ETYKIETYZOWANIE I STYGNATYZACJA

                                     STEREOTYPY                                      

DYSKRYMINACJA

ZAPISY:

Małgorzata Mrozik, tel. 506 074 740

lub strefakobietszczecin@gmail.com

 

PROWADZĄCA WARSZTAT:

Małgorzata Mrozik, wieloletnia trenerka antydyskryminacyjna, absolwentka programu Fundacji Autonomia w Krakowie „Nikt nie rodzi się z uprzedzeniami”. Zaangażowana w projekty pro-równościowe i antyprzemocowe, głównie ze względu na płeć. Trenerka biznesu. Działa przede wszystkim w ramach własnego Stowarzyszenia Strefa Kobiet www.strefakobiet.org.

Powrót do feminizmu

 

Co to jest „biały feminizm”? Czy feminizm to doktryna uprzywilejowanych? Jeśli tak to dlaczego tak było lub jest? Czy patriarchat istnieje jeszcze? Jak walczyć z nim i z seksizmem? Czy kobiety są dobre a mężczyźni źli? Na m.in.te pytania odpowiada autorka książki bell hooks, Teoria feministyczna. Od marginesu do centrum. Więcej na ten temat na stronie: http://lewica.pl/?id=28479&tytul=%A3ukasz-Drozda:-Powr%F3t-do-feminizmu

Cyt: „Autorka udowadnia, że trudno kreślić paralele sytuacji kobiet walczących o codzienne przeżycie swoich rodzin z tymi, dla których podstawowym wymiarem opresji jest przemoc symboliczna. Nie zgadza się zwłaszcza na przekreślanie rodziny, możliwe jedynie dla osób z warstw wyższych, które nie muszą się obawiać utraty ochrony i opieki towarzyszących temu najbardziej tradycyjnemu rodzajowi więzi. Dla tych, którzy w klasowej hierarchii plasują się niżej, rodzina stanowi oparcie, którego odrzucić nie można. Nawet jeżeli zawiera w sobie wyraźne pokłady seksizmu czy bardziej otwartych form opresji. Trudno bowiem oczekiwać, aby wyzwolenie dla prekariuszek miało oznaczać porzucenie mężczyzn. Bo gdzie niby przejawia się wolność samotnych rozwódek, niewykwalifikowanych zawodowo matek, stanowiących wyjątkowo łatwy obiekt wyzysku?”

Polecamy.

M. Środa o zawłaszczaniu „Solidarności”

 

Felieton Magdaleny Środy o Solidarności. O kobietach Solidarności. tych zapomnianych i nie chcianych. I o tych, które zaczynamy sobie przypominać.
Cyt: „Kobiety? Jakie kobiety?! Była Krzywonos i było kilka pań, które wstrzymały strajki 16 sierpnia, rozpoczynając ich drugi, ważniejszy etap. To wszystko. Paniom – dla ich bezpieczeństwa (mężczyźni mogą gwałcić!) – zabroniono wchodzenia na teren stoczni po godz. 22. O Krzywonos nikt przez lata nie pamiętał, upomniał się o nią dopiero Kongres Kobiet. Pienkowska funkcjonowała jako „żona Borusewicza”, o Helenie Łuczywo mawiano, że jest genialną redaktorką. Bohaterem był Michnik. Czy ktoś pamięta Agnieszkę Maciejowską, Irenę Bieńkowską, Małgosię Tarasiewicz i tysiące kobiet, które solidarnie, bez rozgłosu pracowały na rzecz niepodległości, organizując państwo podziemne, wydawnictwa, kolportaż i niezliczone mieszkania dla ukrywających się bardzo-ważnych-bohaterów tamtych wydarzeń?”

Szwedki w proteście przeciw atakom na muzułmanki zakładają chusty

W Szwecji tysiące kobiet (również posłanki) zamieściły w sieci swoje zdjęcia (ok. 4 tys. na Twitterze i ponad 2 tys. na Instagramie, a Facebook zgromadził 10 tys. fanów) w hidżabach. To odzew na brutalny napad na muzułmankę w ciąży. W Sztokholmie nieznany sprawca zerwał jej z głowy hidżab i uderzył głową o samochód, z taką siłą, ze kobieta straciła przytomność.
Kobieta kilka dni została ponownie napadnięta: napadła ją grupa mężczyzn, którzy nalegali by wycofała zeznania, dotyczące pierwszego napadu Kobieta trafiła do szpitala.
Protestujące kobiety zaapelowały do rządu o zagwarantowanie szwedzkim muzułmankom prawa do wolności religijnej.

Źródło: http://wyborcza.pl/1,75477,14505097,Szwedki_zakladaja_chusty__Protestuja_przeciw_atakom.html#BoxSlotII3img#ixzz2dF3uHWnC

Ludzie bezdomni

Rozległa sfera bezdomności to jeden z najbardziej widocznych przejawów tego, że polska rzeczywistość potransformacyjna nie jest wolna od wykluczenia, nieraz w skrajnej postaci. Jego społeczne skutki gnieżdżą się w enklawach biedy: w podwórkach, lokalach socjalnych czy w peryferyjnych społecznościach. Uliczni bezdomni przypominają swoim istnieniem zarówno o fakcie skrajnego wykluczenia, jak i o ogromnych kontrastach społecznych. Warto jednak pamiętać, że ludzie bezdomni zasiedlający ulice to tylko jedna z warstw szerokiego i wielobarwnego fenomenu, jakim jest bezdomność, a tym bardziej wykluczenie mieszkaniowe. Wielu z nich nie śpi pod chmurką ani nie żebrze co dzień na ulicy, lecz zamieszkuje kanały ciepłownicze, altanki działkowe, squaty i inne „niemieszkalne” przestrzenie. Część zaś poddaje się instytucjonalizacji w postaci schronisk, noclegowni i punktów wsparcia dziennego. Spory odsetek nie żyje z żebractwa czy datków instytucji charytatywnych, ale – podobnie jak inni opisani przez Tomasza Rakowskiego praktycy niemocy – realizuje swoje potrzeby poprzez imanie się różnych zajęć umożliwiających przetrwanie, na przykład zbieranie złomu. Część próbuje podejmować pracę, choć możliwości jej świadczenia (zwłaszcza legalnie) są ograniczone.

Wykluczenie mieszkaniowe obejmuje szerokie spektrum sytuacji: od życia na ulicy przez pobyt w placówkach dla bezdomnych po zamieszkiwanie kryjówek na obrzeżach miast. Osoby, które przyporządkowalibyśmy do każdej z wyróżnionych sytuacji, nie są do niej przypisane na stałe, lecz z reguły krążą między różnymi fazami i postaciami wykluczenia mieszkaniowego, a szerzej: społecznego. Najczęściej niestety jest to droga w dół, po równi pochyłej. Są i przykłady przezwyciężania marginalizacji, ale ze względu na ograniczoną sieć wsparcia (nie licząc społeczności samych bezdomnych) tym ludziom zwykle bardzo trudno jest stanąć na nogi, zwłaszcza że z upływem czasu ich degradacja, także fizyczna, postępuje. Część z nich ze względu na stan zdrowia nie jest już w stanie wrócić na rynek pracy.

Postrzeganie bezdomności w kontekście kwestii wykluczenia mieszkaniowego jest z jednej strony uprawnione i przydatne (gdyż nieraz pozwala na odtworzenie i osłabienie mechanizmów generujących i podtrzymujących bezdomność), z drugiej strony niewystarczające jako punkt odniesienia. Bezdomność to nie tylko pozycja na rynku mieszkaniowym, lecz także określona pozycja społeczna, często głęboko uwewnętrzniona przez osoby dotknięte tym problemem. Dużą część tych ludzi cechuje poczucie alienacji, odrzucenia, stygmatyzacji i brak wiary we własną sprawczość.

Bezdomność jest zróżnicowana także jeśli chodzi o jej genezę, która w niemałej mierze warunkuje sposób, w jaki ludzie odnajdują się w warunkach życia bez własnego domu. Moje kontakty zarówno z osobami żyjącymi na dworcu, jak i tymi zamieszkującymi przeznaczone dla nich placówki wskazywały na bardzo szeroki przekrój społeczny osób, które się tam znalazły. Jednym z narzucających się wniosków jest potrzeba indywidualizacji w pracy z tymi ludźmi (co bynajmniej nie zwalnia władz publicznych na wyższym szczeblu z imperatywu tworzenia szerzej adresowanych programów). Zwykle przyczyną bezdomności jest splot czynników na poziomie mikro (na przykład uzależnienie, rozpad więzi rodzinnych i intymnych), mezo (zamknięcie zakładu pracy, zwolnienie z niej, pogorszenie warunków materialnych niepozwalające zapłacić rachunków mieszkaniowych) i makro (szersze procesy społeczno-ekonomiczne, które produkują i reprodukują ubóstwo oraz wykluczenie). Polityka przeciwdziałania bezdomności powinna uwzględniać ową wielopoziomowość.

Przetransformowani w bezdomnych

Skłonność traktowania bezdomności (i innych form wykluczenia, także mieszkaniowego) jako sytuacji o podłożu nie systemowym, a czysto indywidualnym, niekiedy wręcz zawinionym przez osoby jej doświadczające, prowadzi do wyabstrahowania problemu z szerszego kontekstu realiów i przemian społeczno-ekonomicznych. Tymczasem, choć bezdomnych można znaleźć w każdym kraju, także rozwiniętym, skala zjawiska i jego charakter nie pozostają bez związku z ustrojem i polityką społeczno-ekonomiczną prowadzoną w danym kraju. Społeczeństwa zdezintegrowane, w których państwo wycofuje się ze swych funkcji publicznych i socjalnych, wydają się być podatne na generowanie i wzmacnianie zjawiska bezdomności. Ta charakterystyka odpowiada temu, co działo się po okresie transformacji w Polsce.

Czasy przełomu doprowadziły do poszerzenia zjawiska, które dotychczas było marginalne. Nie byłoby jednak prawdziwe stwierdzenie, że w Polsce Ludowej nie występowało wcale. Było wykluczane z oficjalnego dyskursu władzy (dziś zresztą też jest przemilczane przez elity i media, co wskazuje na dość paradoksalną ciągłość), a ograniczone możliwości działania organizacji pozarządowych i opozycyjnych sprawiały, że problem przez dekady zamiatano pod dywan. Jednak powstanie (mimo systemowych przeciwności) w początkach lat 80. pierwszych organizacji zajmujących się tym problemem pokazuje, że zjawisko istniało. Jak powiedział mi Bohdan Aniszczyk, obecny prezes Towarzystwa Brata Alberta, u schyłku lat 80. bezdomnymi stawali się głównie ludzie uczestniczący w wielkich budowach socjalizmu, żyjący w robotniczych barakach i tam rozpijający się, którzy ulegali przez to degradacji i wykorzenieniu [1]. Jego źródłem nie było jednak bezrobocie, raczej alienujący charakter pracy. Problem zaostrzył się wraz z transformacją, kiedy zaczęto zamykać zakłady pracy, nastąpiła redukcja zatrudnienia, a także przystąpiono do likwidacji hoteli robotniczych. Wielu ludzi znalazło się bez pracy i bez lokum do zamieszkania. Drugą grupą, od początku zagrożoną bezdomnością, byli wychowankowie domów dziecka i innych placówek pieczy zastępczej, którzy w toku dorastania nie nabrali kompetencji samodzielnego radzenia sobie, a brak wsparcia rodzinnego utrudniał im stanięcie na nogi. Do dziś jest to grupa podatna na wykluczenie, zwłaszcza że system, w którym solidarność społeczna w niewielkim stopniu opiera się o działanie państwa, a w dużej mierze o nieformalne, w tym rodzinne, sieci wsparcia, często pozostawia osoby o niewielkim kapitale społecznym i rodzinnym samym sobie.

Kolejne dekady po transformacji przynosiły poszerzenie przekroju społecznego bezdomnych o kolejne grupy, które zostały wypchnięte poza nawias przemian systemowych. Z dzisiejszej perspektywy trudno jednak wiązać problem wyłącznie z szokiem transformacji i ówcześnie zainicjowanymi procesami, a warto spojrzeć nań przez pryzmat procesów, których nasilenie jest nieco świeższej daty. Chodzi o postępującą prekaryzację stosunków pracy, która naraża ludzi na ciągłe ryzyko utraty zatrudnienia, ustawia ich w niekorzystnej pozycji na rynku mieszkaniowym, a także marginalizuje w systemie zabezpieczenia społecznego. Nie sprzyja też zakładaniu rodziny, która mogłaby działać jako czynnik stabilizujący w morzu niezabezpieczonych ryzyk socjalnych i nietrwałych stosunków społecznych. Młodzi ludzie, najczęściej niemogący znaleźć pracy lub wykonujący ją na śmieciówkach, są jedną z grup szczególnie zagrożonych bezdomnością. Już teraz ich sytuacja jest trudna, a co czwarty młody człowiek wciąż żyje z rodzicami ze względu na niemożność nabycia (a często nawet wynajęcia) mieszkania, choćby przez brak zdolności kredytowej. Ponadto jej nabycie i wykorzystanie często nie jest końcem problemów, a jedynie początkiem spirali zadłużenia, które także może prowadzić do znalezienia się w trudnej sytuacji życiowej, również do bezdomności.

Choć wspomniane wyżej procesy wykraczają poza fenomen bezdomności, wydają się konieczne do nakreślenia, jeśli chcemy się skutecznie mierzyć ze zjawiskiem: nie tylko łagodzić jego objawy, lecz także leczyć przyczyny. Skoro ryzyko bezdomności jest tak wielkie i coraz bardziej rozprasza się na różne grupy (choć nierównomiernie), pojawia się pytanie, dlaczego ta kwestia nie zajęła dotychczas poczesnego miejsca w politycznej agendzie?

Analizujący politykę publiczną Andrzej Zybała wskazuje na dwa hipotetyczne tego powody: „Pierwszy, społeczeństwo i władze uznają kwestię zapewnienia sobie dachu nad głową za problem prywatny i w takim razie państwo nie musi inicjować działań publicznych. Druga odpowiedź może zahaczać o kwestie etyczne: społeczeństwo i władza nie dostrzega kwestii etycznych w problemie bezdomności i nie czuje się zmotywowana do działania” [2].

Jeśli uznamy to wytłumaczenie za przekonujące, zobaczymy, jak dużą rolę odgrywają nie tylko realnie zachodzące w dobie transformacji procesy społeczno-ekonomiczne, lecz także to, co dzieje się w „nadbudowie”, w sferze ideologii i dyskursu, który towarzyszył polskim przemianom i je sankcjonował.

Bezdomni poza prawem… człowieka

O tym, jak dalece zaszła „prywatyzacja” życiowych niepowodzeń w społecznym myśleniu, świadczy choćby przeprowadzona przed kilkoma laty ankieta wśród 20% spośród 400-osobowej delegacji uczniów wrocławskich liceów. Młodych ludzi zapytano o to, jak chcieliby rozwiązać problem bezdomności w swoim mieście. Wśród często padających odpowiedzi były: wprowadzenie zakazu wjazdu do miasta dla wszelkich osób podejrzanych o brak środków do życia; deportowanie tych, którzy już wjechali; eksmitowanie do miejsc zamieszkania; zatrudnienie ekipy, która „ich sprzątnie”, a wśród długofalowych rozwiązań sugerowano: ograniczenie przyrostu naturalnego, darmową antykoncepcję, odbieranie żebrakom praw rodzicielskich, obowiązkowe szczepienia. A na koniec wisienka na torcie, czyli rozwiązania ekspresowe: powsadzać za kraty, wywieźć na Madagaskar, wystrzelać, stworzyć w mieście specjalne dzielnice dla ubogich albo kolonie karne i – last but not least – wprowadzenie w szkołach przedmiotu „Nauka znieczulicy” [3]. Wyniki tej ankiety omówiła swego czasu wrocławska Gazeta Wyborcza, ale nie było rezonansu ani wśród lokalnej opinii i przedstawicieli polityki publicznej, ani tym bardziej ogólnokrajowego. A obraz, jaki się wyłania z tej ankiety – jeśli wierzyć wynikom i zaakceptować metodologię – jest zatrważający i wymagałby szeroko zakrojonej debaty nad kondycją społeczną młodego pokolenia. Okazuje się, że niemała część wchodzącej w dorosłość młodej generacji myśli o bezdomnych na iście faszystowską modłę, odmawia tym ludziom jakichkolwiek praw. Oczywiście ten sposób myślenia młodych ludzi jest w dużej mierze ubocznym skutkiem dominującej, indywidualistycznej ideologii, wrogiej wobec ludzi biednych i nieprzedsiębiorczych.

W prezentowanym dyskursie bezdomni funkcjonują nie jako osoby, którym trzeba pomóc, ale jako problem do rozwiązania. Jawią się jako przedmiot działań, a nie podmiot. Ta nieludzka perspektywa jest zgubna, także z praktycznego punktu widzenia. Doświadczenia z innych krajów pokazują, że stopniowe upodmiotowienie tych ludzi mogłoby pomóc im w odzyskiwaniu poczucia godności i sprawczości. Podczas wizyty w schronisku w Ursusie (w którym działa złożona z mieszkańców Społeczna Rada Pensjonatu partycypująca w zarządzaniu placówką) „kierownik” ośrodka powiedział, że choć jest mu w schronisku dobrze, opuściłby je bez wahania, gdyby tylko mógł to zrobić. Stworzenie godnych warunków dla osób bezdomnych nie musi demotywować ich do wychodzenia z bezdomności. Wręcz przeciwnie – nieraz respektowanie praw tych ludzi do godności, wolności i uczestnictwa może dostarczyć im siły, która pozwoli przezwyciężyć marginalizację.

Politycznie czy policyjnie

Inną cechą dominującego podejścia do bezdomności jest myślenie o tej kwestii w kategoriach policyjnych, a nie politycznych. Z tej perspektywy walka z problemem powinna opierać się głównie na instrumentach interwencyjno-represyjnych, a nie prewencyjno-reintegracyjnych. Jest to głębokie nieporozumienie. Jeśli chcemy wyciągać ludzi z bezdomności na dobre, nie można ograniczyć się do działań doraźnych (nawet w duchu humanizmu i pomocy, a nie dyscypliny i przemocy), lecz konieczne są działania systemowe, w tym szczególnie te ograniczające liczbę osób popadających w bezdomność. A do tego potrzebna jest długotrwała i kompleksowa strategia obejmująca prewencję, integrację i interwencję. W Polsce takiego systemu nie ma.

W tej chwili działania są podejmowane głównie dwoma kanałami. Z jednej strony – przez organizacje pozarządowe, dostarczające bezpośrednią pomoc w postaci noclegowni, schronisk, punktów wydawania żywności i nieraz odzieży. Z drugiej strony – zwłaszcza w okresie zimowym – przez służby porządkowe, a konkretnie straż miejską, która patroluje miejsca „niemieszkalne”, w razie potrzeby przewozi zagrożonych zamarznięciem bezdomnych do izb wytrzeźwień, noclegowni, punktów medycznych, dostarcza im posiłki, a także interweniuje, gdy ktoś zawiadomi na przykład o bezdomnym śpiącym na klatce schodowej.

Istniejąca struktura podmiotów realizujących działania na rzecz bezdomnych ma wiele słabości. Praktyka przerzucania przez samorządy odpowiedzialności na organizacje pozarządowe zmniejsza kontrolę nad wypełnianiem standardów, czyni pomoc uznaniową (bezdomnemu trudno wykazywać roszczenia wobec podmiotu niepublicznego), a także uzależnia ofertę wsparcia od tego, czy na danym terenie w wystarczającym zakresie działają oddolnie powołane podmioty. W wielu miejscach ich nie ma, wobec czego osoby dotknięte bezdomnością nie mają się gdzie podziać. Spora ich część udaje się wówczas – kosztem jeszcze silniejszego wykorzenienia – do metropolii, gdzie istnieje pewna infrastruktura wsparcia. Kwestia bezdomności w dużej mierze kumuluje się więc w dużych miastach, którym trudno jest podołać zapewnieniu dachu nad głową rosnącej rzeszy potrzebujących. Nawet w Warszawie, gdzie dostęp do pomocy jest najłatwiejszy, nie udaje się nadążyć za potrzebami. „Miejsca noclegowe (w noclegowniach i schroniskach) w liczbie około 1,5 tys. w Warszawie (przy założeniu, że tworzone są dodatkowe miejsca, co w najzimniejsze dni się czyni), przy populacji tych osób zbliżonej do 3,3 tys., oznaczają niedobór około 1800 miejsc” [4]. Ów niedobór sprawia, że placówki są przepełnione, co pogarsza ich standard, a wiele osób pozostaje na ulicy. Istnieje też dodatkowa bariera dostępu w postaci kryterium trzeźwości, którego istnienie ma pewne uzasadnienie motywacyjne i prewencyjne, ale w obliczu siarczystych mrozów i dość dużego zagrożenia alkoholizmem w środowisku życia bezdomnych (łatwo popaść w nałóg, zwłaszcza gdy wokół większość ludzi jest uzależniona) wiele osób zostaje bez pomocy, zagrożonych zamarznięciem. A to jeszcze bardziej skłania je do nadużywania alkoholu, który pozwala choćby doraźnie się rozgrzać. Ze strony środowisk zajmujących się tą problematyką wysuwane były swego czasu postulaty rozbudowy w zimie tak zwanych placówek niskoprogowych (na przykład ogrzewalni), gdzie kryterium trzeźwości byłoby znacznie poluzowane [5]. Takie punkty jednak trudno znaleźć na mapie polskich miast. Oprócz tego uzupełnieniem (a może jednym z filarów?) polityki na rzecz bezdomnych powinien być tzw. streetworking, docierający także do tych, którzy znajdują się poza zasięgiem pomocy instytucjonalnej. W Polsce ta formuła jest dopiero w powijakach, choć stopniowo zaczyna być dostrzegana potrzeba jej wprowadzenia.

Z kolei straż miejska, mimo że nałożone na nią w zakresie walki z bezdomnością funkcje i odpowiadające im działania są w założeniach słuszne, pozostaje reprezentantem służb porządkowych, co ustawia bezdomnych w roli elementu niepożądanego, niebezpiecznego, burzącego publiczny porządek. Przedstawiciele tych służb nie zawsze są przygotowani do pracy z bezdomnymi, a z relacji znanych mi osób dotkniętych tym problemem wnioskuję, że na linii straż – bezdomni niejednokrotnie dochodzi do deptania godności tych drugich. Wydaje się, że straż miejska powinna być raczej instytucją wspomagającą, na tyłach frontu walki z bezdomnością (nie z bezdomnymi!), a nie w jej awangardzie. Tymczasem na pierwszym planie powinni działać streetworkerzy wsparci przez wolontariuszy, a także przedstawiciele instytucji publicznych, którzy pracowaliby z bezdomnymi w miejscach przez nich zamieszkiwanych. Często są one niebezpieczne i słabo zidentyfikowane, zwłaszcza w związku z wypychaniem osób bezdomnych z przestrzeni publicznej. Dobrym przykładem jest sytuacja z ostatnich kilku lat w warszawskim Śródmieściu, które tradycyjnie było siedliskiem życia tych ludzi. Jeszcze zanim wykluczono ich z przestrzeni dworca restaurowanego na czas EURO 2012, przed ponad trzema laty zlikwidowano mieszczącą się w sąsiedztwie jadłodajnię św. Marty, gdzie w ciągu dnia mogło poratować się ciepłym posiłkiem do 200 osób. Gdy w momencie likwidacji tego baru napisałem o sprawie artykuł i próbowałem zainteresować tematem warszawskie media, spotkałem się z całkowitym brakiem odzewu. Niebawem z okolicy zniknął punkt medyczny Kamil. Pod znakiem zapytania stanęła też dalsza działalność Lekarzy Nadziei, którzy dostarczali bezdomnym podstawową opiekę medyczną. Na szczęście dzięki interwencji niektórych mediów udało się ugasić ten pożar.

Problem alkoholowy to tylko jedna przyczyna dolegliwości częstych wśród bezdomnych, a katalog chorób związanych ze sposobem i warunkami ich życia jest długi. Tymczasem infrastruktura wsparcia jest zwykle niedostosowana do potrzeb chorych. Zły stan zdrowia, nieraz prowadzący do niepełnosprawności, stanowi też czynnik, który utrudnia podźwignięcie się przy pomocy własnej pracy. Większość śpiących na ulicy nie jest już zdolnych do pracy i zamiast katować bezdomnych działaniami aktywizacyjnymi, lepiej wesprzeć ich w staraniach o rentę czy pomóc w leczeniu [6]. Nie znaczy to, że osoby takie nie powinny być poddane aktywnym działaniom integracyjnym (względem szerszego otoczenia społecznego), ale niekoniecznie musi być to integracja przez pracę zawodową.

Nie tylko męskie sprawy

Bezdomność uchodzi za zjawisko głównie wielkomiejskie i dotyczące przede wszystkim mężczyzn. Statystycznie rzecz biorąc ten pogląd się broni (ryzyko bezdomności u mężczyzn jest kilkakrotnie większe niż w przypadku kobiet), ale nie powinno to przesłaniać faktu, że wśród bezdomnych znajdują się też często kobiety (nieraz z dziećmi), a ich doświadczenie bezdomności (i perspektywy wyjścia z niej) jest jakościowo odmienne i wcale nie mniej dotkliwe.

Bezdomność kobiet nie jest w Polsce rozlegle badana, choć dysponujemy pewną wiedzą otwierającą pole do bardziej pogłębionych dociekań. Na jednym ze spotkań Warszawskiej Rady Opiekuńczej (ciała konsultacyjnego zajmującego się bezdomnością) przedstawiciele Wspólnoty Chleb Życia na podstawie doświadczeń z własnej działalności przedstawili specyfikę sytuacji kobiet doświadczających bezdomności. Według nich kobiety, choć rzadziej popadają w bezdomność, często gorzej ją znoszą, w polskiej kulturze za główny ośrodek ich funkcjonowania przyjmuje się bowiem środowisko rodzinne i domowe. Gdy ich zabraknie, jeszcze silniejsze jest poczucie wykorzenienia z ról społecznych, których pełnienia się od nich oczekuje [7].

Trajektorie popadania kobiet w bezdomność są wielorakie. Nieraz problem dotyczy starszych kobiet, na przykład ze środowisk wiejskich, które zostały wywłaszczone, a rodziny się nimi nie zaopiekowały; bywa, że są to kobiety już wcześniej zmarginalizowane, żyjące uprzednio w melinach, a potem wyrzucone z nich przez swych konkubentów; są młode matki niezaakceptowane przez otoczenie; wreszcie pojawiają się ofiary przemocy domowej. Ryzyko znalezienia się na bruku (oraz mało równościowa polityka rodzinna i rynku pracy) zwiększone jest przez patriarchalny wzorzec rodziny, w którym kobiety po zawarciu związku małżeńskiego i skupieniu się na wychowaniu dzieci tracą finansową niezależność oraz możliwość samostanowienia. W obliczu zerwania więzi rodzinnych lub pojawienia się poważnych problemów kobiety te są pozostawione często bez środków do życia.

Pracując z dziećmi przebywającymi w jednym z praskich domów samotnej matki, miałem okazję zetknąć się z tego typu przypadkami. W szczególnie trudnej sytuacji są kobiety, które przekroczyły już wiek pozwalający łatwiej założyć nową rodzinę. O ile rotacja w placówkach wśród młodych matek jest duża, części z nich udaje się wejść w nowe związki, o tyle starszym jest trudniej. Matka jednej z moich uczennic, starsza kobieta, uprzednio doświadczająca przemocy domowej, przebywała w placówce wraz ze swoją dorastającą córką kilka lat. Nietrudno się domyślić, jak brak własnego kąta i poczucie tymczasowości rzutują na szanse rozwojowe dziecka. Choć pojawiła się możliwość uzyskania lokum, moja znajoma ją odrzuciła, było to bowiem… w pobliżu mieszkania jej męża, który znęcał się nad nią. Ten przykład ilustruje dobitnie, jak wcześniejsze doświadczenie przemocy uszczupla pole manewru, jeśli chodzi o wychodzenie z bezdomności.

Na jednym wózku… na bruk

Przyjęta w ostatnich latach ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie miała w założeniu odwrócić logikę, w której to ofiara, a nie sprawca przemocy, zmuszona była opuścić dotąd zamieszkiwane lokum. Niestety nowe przepisy pozwalające na eksmisję sprawcy przemocy były wciąż trudne do wyegzekwowania w obliczu deficytów lokali socjalnych. Między innymi w związku z tym (lub pod takim pretekstem?) zliberalizowano prawo lokatorskie, aby łatwiej było eksmitować sprawców przemocy (ale niestety także innych ludzi) do lokali tymczasowych. Jeśli w odpowiednim czasie gminie nie uda się dostarczyć mieszkania socjalnego, wystarczy, że wskaże ona noclegownię lub inny lokal zastępczy. W wielu przypadkach oznacza to nieco odsuniętą w czasie eksmisję na bruk, na którą odtąd narażonych jest coraz więcej osób zagrożonych wykluczeniem.

Dokonana liberalizacja prawa lokatorskiego stanowi jeszcze silniejsze zbliżenie kwestii mieszkaniowej i problemu bezdomności. Kiedy się obserwuje rzeczywistość społeczną, można odnieść wrażenie, że do tej pory obie kwestie były podejmowane oddzielnie, także przez organizacje pozarządowe i ruchy społeczne. Kto inny (głównie sprofesjonalizowane organizacje III sektora) zajmował się problemami bezdomnych, a kto inny (głównie zorientowane lewicowo ruchy społeczne) tymi, którym grozi eksmisja. Być może nadszedł czas, by te wysiłki skoordynować czy wręcz połączyć?

 


[1] Bohdan Aniszczyk w rozmowie z Rafałem Bakalarczykiem, „Jeśli nie można dużo, dajmy choć trochę”, Obywatel, 2010.

[2] A. Zybała, Polityki publiczne, Krajowa Szkoła Administracji Publicznej, Warszawa 2012.

[3] M. Żuchowicz, „Co nasi licealiści zrobiliby z żebrakami, gdyby mogli”, Gazeta Wyborcza (wrocławska), 11.02.2010.

[4] R. Bakalarczyk, „Wepchnięci w bezdomność”, http://magazynkontakt.pl.

[5] Zob.: http://www.bratalbert.org.

[6] Por. P Jaskulski, „Potencjał zawodowy ulicznych bezdomnych”, Liberte XIII, grudzień 2012 – luty 2013.

[7] Zob. : http://www.bezdomnosc.edu.pl.

Rafał Bakalarczyk

 

Źródło: http://www.iwkip.org/bezdogmatu/

Autonomia feminina

Polskie społeczeństwo jest bierne – to już niemal rytualne utyskiwanie. Utyskują głównie ci, którzy śnią o „społeczeństwie obywatelskim”, mitycznej krainie jednostek spontanicznie jednoczących się w uświęconej sferze publicznej na rzecz dobra wspólnego. Jeśli już się to społeczeństwo mobilizuje, to pod krzyżem i pod Szczerbcem. Leszek Balcerowicz także ma swoją wizję społeczeństwa obywatelskiego, bliższą zresztą rozumieniu tego terminu przez Marksa – wspólnocie właścicieli i przedsiębiorców dbających o dobre funkcjonowanie kapitalizmu. Lewicowcy zaś nader często uważają tę spontaniczną aktywność „obywateli” za dobro samo w sobie, realizację „polityczności” – nowego fetyszu autentycznej wolności urzeczywistnianego w czasie wolnym od pracy. I nikt z nich nie dostrzega, że w Polsce dokonuje się rewolucja, rewolucja oddolna, sięgająca głębi stosunków społecznych, ekonomii, podmiotowości, władzy i więzi społecznej. Rok w rok na Manifie pojawia się transparent z hasłem „Pierdolę, nie rodzę”, zawsze też pojawia się w telewizji jako niewypowiedziane potwierdzenie wizerunku feministek – egoistycznych nihilistek żyjących nie wiadomo jak, ale wiadomo za czyje pieniądze… Prawicowcy strojący się w szaty obrońców ludu twierdzą, że feministki nie występują w imieniu polskich kobiet. Być może, ale pod względem stosunku do rodzenia dzieci to właśnie one reprezentują kobiety. Polskie kobiety pierdolą, nie rodzą! Nie tylko te z wielkiego miasta, nie te modne i zaradne ani te rozpolitykowane. One nie rodzą masowo, nie rodzą radykalnie, nie rodzą trans-klasowo, nie rodzą niemal bezwarunkowo. Według ONZ, jeśli chodzi o poziom dzietności, Polska znajduje się na 190 miejscu na 195 klasyfikowanych krajów. Hegemoniczny dyskurs, penetrujący także głos feminizmu, każe nam udzielać prostej socjalnej odpowiedzi. W gruncie rzeczy urządza ona równie dobrze prawicę, jak i lewicę, rzecz jasna przy innym rozłożeniu akcentów. Dla prawicy „one” nie rodzą, bo rodziny mają za mało pieniędzy (oczywiście z powodu nadmiaru socjalu w gospodarce), dla lewicy nie rodzą, bo jest za mało socjalu: brak bezpieczeństwa zatrudnienia, żłobków, przedszkoli i tym podobnych. Czyli, jakby nie było, „one” nie rodzą z braku środków. W sukurs tym teoriom przychodzą niezastąpione sondaże. Polacy chętnie przyznają, że nie mają więcej dzieci z powodów ekonomicznych. Problem w tym, że – co socjologia dawno już rozpoznała – wielu respondentów udziela odpowiedzi nie tyle szczerej, co prawomocnej, to znaczy odpowiadają zgodnie z przewidywanymi oczekiwaniami. Jednak sondaże nie są całkiem bezradne w odsłanianiu rzeczywistości, jeśli się zada dobre pytania. I tak w tym samym badaniu (INSE dla Tok Fm, luty 2013) gdzie większość tłumaczy swoje wybory przyczynami ekonomicznymi, przyznaje też, że nigdy nie myślała o założeniu rodziny wielodzietnej….

Na czele listy krajów o najwyższym wskaźniku rozrodczości jest afrykański Niger (ponad siedmioro dzieci na kobietę), zamykają ją bajecznie bogate Makau i Hongkong (poniżej jednego). Polsce o wiele bliżej do tych ostatnich, zarówno demograficznie, jak i ekonomicznie. Potrzeba niemałej ekwilibrystyki, żeby twierdzić, że za „kryzys” demograficzny odpowiedzialna jest bieda. Spadek dzietności to tendencja globalna, a główną jej przyczyną jest wzrost wykształcenia kobiet i, co za tym idzie, ich autonomii społecznej, która wyraża się w pierwszym rzędzie w uzyskaniu kontroli nad własną płodnością. Demografowie Youssef Courbage i Emmanuel Todd w książce Spotkanie cywilizacji pokazują, że wyraźny spadek dzietności następuje niezmiennie w 20 lat po przekroczeniu 50% poziomu alfabetyzacji kobiet i to niemal niezależnie od kulturowych, religijnych i politycznych uwarunkowań. Nie oznacza to, że działa tu jakiś automatyzm. Sposoby uzyskiwania kontroli nad własnym życiem i ciałem zachodzące w rodzinie są jednocześnie sposobami omijania, neutralizowania społecznej kontroli. To cała seria praktyk, trud samodzielnej edukacji i wzajemnego uczenia się. To cicha praca mas kobiet, która w znacznym stopniu pozostaje ukryta dla demografii i ilościowej socjologii. Widzimy jednak dalekosiężne skutki tej zmiany. To nie tylko zmiana astruktury rodziny, to także wzrost statusu dzieci, autonomizacja jednostek, sekularyzacja etc. „Trzeba sobie wyobrazić, do jakiego stopnia dotyka ona intymności ludzi i społeczeństw. (…) Zgadzając się z postulatem decydującego znaczenia kontroli urodzeń jako motoru nowoczesności ujawniającego ewolucję mentalności, możemy uniknąć katastroficznego wyobrażenia planety, podzielonej przez ksenofobiczne cywilizacje stworzone z ludzi, których oddziela od siebie religia” [1] – piszą nieco patetycznie demografowie. Niewiele jednak przesadzają – zmiana, jakiej autonomia mas kobiecych dokonała i dokonuje w świecie społecznym, jest być może największą od czasów pojawienia się rolnictwa. I jest to zmiana pozytywna w tym znaczeniu, że generuje zarówno wolność jednostki, równość między płciami, jak i większą społeczną wartość dzieci (oczywiście może być to ważne tylko dla tych, którzy cenią te wartości). W tym znaczeniu kobiety, być może po raz pierwszy, stały się podmiotem historii powszechnej za sprawą walki, która przynajmniej na początku przebiegała w ciszy, była intymna.

Paradoks polega na tym, że rewolucja demograficzna, która jest w istocie rzeczy wielkim osiągnięciem, przedstawiana bywa – także w kręgach postępowych – jako porażka i zagrożenie. Tymczasem jest ona nieodłącznie związana ze społecznym wzmocnieniem kobiet – jednym z nielicznych w dzisiejszym świecie procesów, które budzą nadzieję na lepsze jutro (dla wszystkich). A może komuś przeszkadza fakt, że uderza ona w podstawy akumulacji kapitalistycznej, przez co powoduje kryzys na rynku siły roboczej?

Wróćmy jednak do Polski – kraju, który kroczy w awangardzie rewolucji demograficznej. Co inteligentniejsi z architektów polskiego państwa konfesyjno-narodowego wiedzą doskonale, że ekonomiczne podstawy tego kryzysu to tylko zasłona dymna, służąca podtrzymaniu głównej tezy legitymizującej ten porządek: polskie społeczeństwo jest w swej masie konserwatywne i niechętne nowinkom, a fundamentalna zmiana demograficzna to tylko efekt przejściowych i obiektywnych trudności. Owi architekci mają jednak świadomość, że tak naprawdę jest to skutek uzyskania przez kobiety autonomii i jedynym sposobem, żeby sytuację odwrócić, jest je tej autonomii pozbawić. Ideologicznie i praktycznie aparaty polskiego państwa są na wskroś prorodzinne, czyli natalistyczne. Państwo zakazuje aborcji, a media prowadzą istne polowanie na matki dzieciobójczynie. Jest prawdopodobne, że skrajnie niski poziom dzietności w Polsce to właśnie oddolna, spontaniczna odpowiedź na tę politykę. Polskie kobiety nie rodzą na przekór państwu, Kościołowi i opinii publicznej. „Ich twarze nieprawomyślne, ich brzuchy antypaństwowe” – trawestując stary wiersz Broniewskiego. Oczywiście nie znaczy to, że kobiety polskie są bliższe bycia równymi mężczyznom i bardziej wyzwolone niż Francuzki lub Dunki. Świadczy to raczej o sile autonomii, o trudnościach, jakie napotyka władza, gdy pragnie brutalnie odzyskać kontrolę tam, gdzie raz ją utraciła. Jeśli naprawdę uda się zwiększyć w Polsce dzietność, to cena będzie znacznie wyższa niż przedszkole i becikowe. Konieczna będzie głęboka przebudowa społecznego podziału pracy i jego konsekwencji: hierarchii władzy, prestiżu i zasobów. Na to się jednak na razie nie zanosi. Tak się przynajmniej wydaje.

 


[1] Y. Courbage, E.Todd, Spotkanie cywilizacji, tłum. Szczepan Całek, WUJ, Kraków, 2009, s. 147.

Michał Kozłowski

Źródło: http://www.iwkip.org/bezdogmatu/

 

Masz prawo do lekcji etyki

 

…dobrze prowadzona etyka może dać uczniowi umiejętności wzbogacające nie tylko jego życie wewnętrzne i relacje międzyludzkie, ale też może uczynić jego umysł dużo bardziej otwartym na podejmowanie nowych wyzwań i znacząco się przyczynić do sukcesów zawodowych w dorosłym życiu. Lekcje etyki nie wykluczają z udziału w nich osób wierzących, tak samo jak osób wierzących nie wykluczają lekcje chemii, czy matematyki. Jednakże rodzice czujący, iż etyka jest antytezą religii nie mylą się, bowiem i biologia, geografia, historia niosą w sobie ten element. Warto wybrać etykę!

Strona 1 z 3

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén