Fundacja Strefa Kobiet

Tag: równouprawnienie

Tresowanie stanikiem

Beata Kozak

Kilkunastoletnia córka znajomej z zapałem zaczęła naukę i treningi w szkole sportowej. Szkoła była fajna, koleżanki i koledzy też, pani od WF-u – wymagająca, ale spoko i na luzie. Dziewczynka trenowała z przyjemnością, aż tu któregoś dnia fajna pani od WF-u wzywa ją do siebie i nakazuje surowo, że pod koszulką należy nosić stanik. „Dlaczego?” – zdziwiła się dziewczynka, która nie cierpi stanika. „Bo rozpraszasz chłopców”. Ponieważ nastolatka wychowała się w rodzinie nastawionej krytycznie do standardów kobiecości i męskości, odpowiedziała, że to przecież problem chłopców, a nie jej. Tu jednak skończyła się gotowość nauczycielki do rozmowy: „Żartujesz sobie? Na następne zajęcia ubierz stanik”.

Mama nastolatki, feministka, kobieta otwarta i aktywna, opisała tę sytuację na swoim profilu na Facebooku, podsumowując: „Córka, rzecz jasna, jest wściekła. Pyta mnie, dlaczego chłopcy mogą chodzić półnadzy i nikt im nie zwraca uwagi, a jej się bez pardonu pod koszulkę zagląda i komentuje, co ma na sobie”. Swoją drogą, dziewczyna ma charakterną, inteligentną, rezolutną córkę – pogratulować. Mama nastolatki zdecydowała się zaopatrzyć ją w stanik, tłumacząc, że to kwestia kompromisu: „Niech się koncentruje na ćwiczeniach, a skoro brak stanika miałby w jakiś sposób przeszkadzać jej w spokojnym i prawidłowym ćwiczeniu, to niech go założy”.

Kompromis jest cieniutkimi nićmi szyty, bo przecież to nie dziewczynce przeszkadza w ćwiczeniach brak stanika, lecz jej otoczeniu: nauczycielce od WF-u i chłopcom. Nauczycielka kosztem samopoczucia dziewczynki dba o chłopców, zwracając uwagę na ich reakcje, a dziewczynkę ustawiając w zależności od zachowania chłopców tak, jak jej samej (nauczycielce) jest wygodnie. Chłopcy natomiast dostają wyraźny sygnał: tu się wokół nas chodzi na palcach i ustawia wszystko pod nas. Liczą się z nami. Jesteśmy ważni. Nauczycielka zauważyła, że gapimy się na piersi tej dziewczyny – i na drugi dzień dziewczyna musi ćwiczyć w staniku. Wow, to znaczy, że mamy władzę! Może pogapimy się jutro na legginsy baby od WF-u, a na drugi dzień ona przyjdzie na trening w luźnych spodniach od dresu? Ciekawe, czy jak będziemy wytykać palcami fryzurę dziewczyn ze starszej klasy albo rechotać z butów dyrektora szkoły, to dziewczyny zaraz będą musiały założyć chustę na włosy albo się zgolić na łyso, a dyrektor zacznie chodzić w trampkach? Chodźcie spróbujemy, jak daleko sięga nasza władza, bo jak na razie, to widać, że całkiem dużo możemy. W końcu jesteśmy chłopakami, no nie?

Jaki przekaz od systemu dostała dziewczynka? Pokazano jej, że jej zdanie, samopoczucie i ona sama – mają mniejszą wartość niż cudze zdanie i cudze samopoczucie. Że rządzą chłopcy i trzeba się do nich szybko dostosować, zamiast zastanowić się nad sporną kwestią. Że jest przedmiotem oglądu i że męskie spojrzenie ma nad nią władzę. Gdyby chłopcy nie gapili się na jej piersi, mogłaby nadal trenować tak, jak jest jej wygodnie. Ale niestety, chłopcy się gapili, więc dziewczynka musi ponieść konsekwencje ich spojrzenia. Bo przecież to niemożliwe, żeby nauczycielka powiedziała chłopcom: ej panowie, macie porządnie ćwiczyć, a nie gapić się dziewczynom na piersi, zrozumiano jeden z drugim? Może dziewczynce ta sytuacja skojarzy się kiedyś z Afganistanem czy innym islamskim krajem, w którym kobiety muszą zakrywać całe swoje ciało, żeby nie narażać mężczyzn na grzeszne pożądanie.

Trudno nie połączyć tej sytuacji z podejściem, zgodnie z którym to kobieta/ dziewczyna jest odpowiedzialna za wszystko, co się jej przydarzy, szczególnie oczywiście za wszelkiego rodzaju napaści, agresję, molestowanie, nie mówiąc już o gwałcie. Taki właśnie komunikat dostała nastolatka, która nie chciała ćwiczyć na WF-ie w staniku: gdyby coś ci się stało, to będzie twoja wina. Jednocześnie trudno się dziwić jej mamie, która ustąpienie pod presją nauczycielki przedstawiła córce jako kompromis. Swoim znajomym, którzy w większości krytykowali (!) jej i jej córki wkurzenie, tłumaczyła: „Mój i jej światopogląd mogę sobie wsadzić gdzieś, jeśli chodzi o bezpieczeństwo mojego dziecka. Mam nadzieję, że dzięki temu kompromisowi nic jej się nie stanie, a to co ją może spotkać, to głupie i wulgarne przycinki, których i tak, jeśli mogłabym, chciałabym jej oszczędzić”. Tego rodzaju „kompromisy” zawierają z zaciśniętymi zębami rodzice, którzy posyłają swoje dzieci na religię i do komunii, bo obawiają się wytykania ich palcami, albo ludzie, którzy biorą kościelny ślub, żeby rodzina była zadowolona, chociaż sami od dawna nie pamiętają, jak wygląda kościół od środka. Najczęściej kierujemy się przy takich wyborach zasadą mniejszego zła lub tzw. świętego spokoju. Decydujemy, że ważniejsze jest dla nas uchronienie dzieciaka przed głupimi komentarzami i ostracyzmem niż obstawanie przy swojej, a czasem także i jego/jej, słusznej racji i logice. I rozsądnie, i smutno. „Wściekam się, bo o wolności, o seksualności tyle już powiedziano, tyle napisano, a dalej jesteśmy w lesie. Moja córka nie dość, że jest udręczona, bo musi nosić wstrętny plastikowy gorset, to również, jakby przymusów było mało, musi nałożyć na siebie uprząż ze stereotypów” – napisała jej mama.

Do tego te komentarze, których autorki (autorki!) piszą: „Chłopcy są wzrokowcy i nie ma na to rady” lub zarzucają mamie nastolatki egoistyczne (!) podejście do sprawy („Nie powinnaś myśleć tylko o swojej córce”). Nie obyło się także bez głupawego patriarchalnego mędrkowania: „Istotna jest tutaj jedna rzecz: z jakiego materiału zrobiona jest koszulka ćwiczącej”. Na litość boską, czy naprawdę można się spodziewać, że nastolatka trenuje na WF-ie w koszulce przezroczystej lub utkanej z koronki? Jest to tak samo istotne, jak długość spódnicy zgwałconej kobiety i rozmiar jej dekoltu. Stary, wyświechtany schemat: gapią się jej na piersi, więc pewnie przyciągała umyślnie ich spojrzenia. Sama sobie winna, bo przecież kobieta/dziewczyna zawsze jest winna. Podobnie jak: zgwałcili ją – pewnie ich sprowokowała. Okradli? Pewnie zostawiła otwarte drzwi do mieszkania. Zamordowali? Pewnie było za co.

Ciekawe, jak zareagowałaby nauczycielka WF-u, gdyby bystra nastolatka przyszła do niej – oczywiście w staniku, najlepiej pancernym – z uwagą, że bardzo ją rozpraszają zbyt obcisłe spodenki gimnastyczne chłopców, szczególnie Jacka, Krzyśka i Maćka. A najbardziej Sebastiana. Że raz omal nie spadła z drążka, kiedy zobaczyła, jak bardzo te spodenki są obcisłe. Innym razem z kolei była rozkojarzona i chciało jej się śmiać, a powinna była przecież skupić się na ćwiczeniach, prawda? Więc niech pani coś z tym zrobi.

Źródło: http://pismozadra.pl/felietony/beata-kozak/645-tresowanie-stanikiem

 

One tego nie chcą, czyli kobiety w teledyskach

 

Wiem, że tego chcesz – śpiewa Robin Thicke do ucha roznegliżowanej modelce w teledysku do piosenki Blurred Lines. Długo nie czekał na damską ripostę. Studentki prawa z Nowej Zelandii nagrały parodię, w której role się odwracają. To faceci w samych bokserkach pląsają infantylnie w rytm Defined Lines. Autorki klipu zarzucają piosenkarzowi szowinizm i seksizm.

kobieta w teledyskach

Nie one jedyne. Na Youtube znaleźć można co najmniej kilkanaście mniej lub bardziej udanych parodii tej piosenki. Przynajmniej połowa z nich nawiązuje w warstwie tekstowej bądź wizualnej do kwestii feministycznych. O pastiszach rozpisywały się już media na całym świecie, a ilość wyświetleń najpopularniejszych liczy się już w milionach.

Co jest nie tak z Blurred Lines i jak udało się trójce studentek wywołać dyskusję na skalę globalną nad wizerunkiem kobiet w teledyskach?

Niewyraźna czerwona linia

Blurred Lines to jeden z typów na hit mijającego już lata. Piosenka była jednym z najlepiej sprzedających się singli w USA i Wielkiej Brytanii, a w chwili publikacji artykułu teledysk wyświetlono na Youtube blisko 169 mln. razy.

https://www.youtube.com/watch?v=mXOBOmsO2P4

Prosta melodia utrzymana w klimacie R&B, trzy gwiazdy – Robin Thicke, Pharrell Williams, T.I. i dużo seksu w tekście. Nie mniej w teledysku – trzy topowe modelki (w tym Emily Ratajkowski), ich nagość i w założeniu autorów ponętne pozy. Nie tylko od nadmiaru hashtagów mogło się zakręcić w głowie.

Pierwszy teledysk do piosenki przedstawiał trio modelek topless w samych stringach. Nie dziwi fakt, że został zablokowany przez administrację portalu YouTube. Został zaakceptowany przez serwis dopiero po ubraniu występujących w nim dziewczyn w bardziej zabudowaną bieliznę. Fala krytyki jednak nie ustawała.

Przez cały utwór pada tekst „Wiem, że tego chcesz” – dokładnie tak krzyczał do mnie mężczyzna, który próbował mnie zgwałcić. Robin, wielkie dzięki za to, że uczyniłeś ten zwrot popularnym i na czasie… – gorzko ironizowała blogerka Becca Knowlton.

Wierzę, że utwory i teledyski takie jak Blurred Lines, choć powstają w dobrej wierze i z założenia mają być lekkie, łatwe i przyjemne, tak naprawdę podsycają kulturę wykorzystywania seksualnego oraz przemocy, które istnieją w naszym społeczeństwie w sposób bardziej otwarty niż kiedykolwiek – napisała blogerka Liz Terry.

Robin Thicke odniósł się do krytyki w dość osobliwy sposób. Chcieliśmy zawrzeć w tym teledysku wszystko, co jest tematem tabu. Zoofilia, narkotyki i wszystko, co jest całkowicie obraźliwe w stosunku do kobiet. Dlaczego? Bo wszyscy jesteśmy szczęśliwymi mężami, mamy wspaniałe żony i dlatego jesteśmy idealnymi facetami, by naśmiewać się z takich tematów. Czy Blurred Lines jest poniżające dla kobiet? Oczywiście, że jest. Jaka to przyjemność degradować kobiety? Nigdy tego wcześniej nie robiłem i nigdy nie zrobię. Zawsze miałem ogromny szacunek do płci pięknej – piosenkarz próbował się wytłumaczyć z teledysku.

Jeżeli szanujemy kobiety, to możemy je obrażać, to zdanie chyba najlepiej oddaje to naprawdę zasmucające oświadczenie – napisała Elizabeth Plankin na łamach Independent.

Defined Lines

Przez portale informacyjne i blogi przetoczyła się fala krytyki, natomiast na YouTube triumfy zaczęły święcić parodie teledysku.

Jedną z nich jest Defined Lines, nagrany przez grupę studentek z Nowej Zelandii o nazwie Law Revue Girls. W ich wersji to skąpo odziani mężczyźni stanowili tło akcji, a zdaniem wielu pełen szowinistycznych treści tekst autorki zamieniły na wymierzony w przemysł muzyczny protest song.

Przesłanie teledysku jest tylko tym, co myślimy o konieczności równego traktowania kobiet. Staramy się zareagować na kulturę uprzedmiatawiania kobiet w teledyskach – tłumaczyła Olivia Lubbock, jedna z autorek przedsięwzięcia.

Sukces parodii, która szybko stała się viralem i była szeroko komentowana w mediach zaskoczył same twórczynie.Nigdy nie spodziewałyśmy się, że to urośnie do takich rozmiarów – powiedziała Lubbock. Dziewczyny zakładały, że skończy się na góra 10 tys. wyświetleń, uzyskanych głównie dzięki ciekowości przyjaciół i rodziny. Szybko jednak liczba odtworzeń urosła do 2 milionów.

Co ciekawe, ich parodia również została początkowo zablokowana na serwisie YouTube. Administracja sklasyfikowała wideo jako zawierające niewłaściwe treści seksualne. Dzięki staraniom aktywistek teledysk wrócił na portal. Lubbock nazwała usunięcie parodii przejawem funkcjonowania podwójnych standardów. Defined Lines choćby w połowie nie jest tak seksualne jak nawet ocenzurowana wersja klipu do Blurred Lines.

Walory edukacyjne

Sławomira Walczewska z Fundacji Kobiecej eFKa zdecydowanie zgadza się z zarzutami, które padają w stronę Blurred Lines. Ten teledysk jest świetnym przypadkiem patriarchalnej – protekcjonalnej, poniżającej, dyskryminującej, instrumentalizującej – relacji męsko-damskiej, tak powszechnej, że aż przezroczystej – nie szczędzi krytyki.

Aktywistka popiera akcję młodych feministek z Nowej Zelandii. Metoda odwrócenia ról, pokazania tej samej relacji z drugiej strony zazwyczaj otwiera oczy na brak symetrii w tej relacji. Odwracając konwencje dotyczące płci tłumaczą wprost, czym jest dyskryminacja kobiet – tłumaczy. Deklaruje również, że z parodii teledysku będzie od tej pory korzystać na warsztatach dotyczących uwrażliwiania na dyskryminację płci.

Jak zareagowałaby na ewentualne zarzuty, że parodie uprzedmiatawiają mężczyzn? Tak, parodie pokazują to samo, uprzedmiotowienie, ale ich cel jest wyraźnie edukacyjny. Parodie są reakcją i odpowiedzią na seksistowski teledysk – odpowiada Walczewska.

Marcin Świejkowski

Źródło: http://www.kampaniespoleczne.pl/kontrowersje,6115,one_tego_nie_chca_czyli_kobiety_w_teledyskach

„Komma Lika” – zagraj w równouprawnienie. Każdy chce wygrać

Maria Loohufvud, szwedka mieszkająca w dobrej dzielnicy Sztokholmu, prowadzi studio graficzne Pasadena, gra w grupie rocowej Le Muhr. Stworzyła grę „Komma Lika” (zagraj w uprawnienie). Komma Lika składa się 4 lub 2 (dla par bezdzietnych) zestawów magnesów w różnych kolorach. Gra polega aby za każdą czynność wykonaną dla domu przyznawać sobie punkt na planszy. Kto uzbiera najwięcej klocków wygrywa. Pozornie, bo wygrana jednej ze stron oznacza brak równowagi w związku.
Cyt: „A co się dzieje, jeśli ktoś wygra przeważającą liczbą punktów? – Zaczyna się dyskusja i to jest dobre – mówi Maria. – Najgorsze bowiem jest milczące przyzwolenie na to, żeby ktoś inny robił więcej. „Komma Lika” ma być punktem wyjścia do rozmowy, bo jeżeli ktoś wygra druzgocącą liczbą klocków, to oznacza, że tak naprawdę oboje przegrali. To nie jest gra, w którą gra się dla przyjemności w piątki wieczorem. Ona ma pomagać w traktowaniu drugiego człowieka z większą uwagą. Bo prawda jest taka, że nie chcesz w nią grać do końca życia.”

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén