Fundacja Strefa Kobiet

Tag: szprotest

Szprotest: Potrzebny nam taniec

 

Tekst pochodzi z zaprzyjaźnionego bloga Szprotest: http://szprotestuje.wordpress.com/

Czy mieliście świadomość, że “ideologia” gender dochrapała się konstytucji? Ja też nie. Ten gender! Na chwilę spuścić z oka i nie dość, że dziewczyny pójdą na politechniki, a chłopaki przestaną wstydzić się łez, to jeszcze będzie majstrował przy ustawie zasadniczej. Strach pomyśleć, co będzie dalej: może obowiązkowa nauka chodzenia na szpilkach dla panów i wyciśnięcie 15kg na sztandze dla pań? Albo zaawansowane kursy obsługi pada do playstation i igły z nitką? Zgroza, hańba, srom i rozwolnienie.

Jak zawsze, gdy cywilizacja śmierci (z siedzibą w Brukseli) wyciągnie swoje ohydne, lepkie macki po solidną, polską, katolicką, dwupłciową i odziecioną rodzinę – wnet formuje się jakaś grupa parlamentarna do zwalczenia tej zarazy. Mamy zatem parlamentarny zespół ds. przeciwdziałania “ideologii gender”, którego celem jest zwalczanie negatywnego wpływu ideologii gender na polską rodzinę oraz wychowanie najmłodszych. Przewodniczącą tego tworu o przydługiej nazwie jest lubiana przez wszystkich posłanka Kempa. Jako wasza kapitanka Oczywista dodam, że nie spodziewałam się po posłance takiego poczucia humoru: być na czele zespołu do spraw zwalczania czegoś, dzięki czemu jest posłanką. W następnym odcinku doczekamy się Biedronia moderującego Redwatcha.

OK, żarty na chwilę na bok: bardzo mnie cieszy, że dla posłanki Kempy kobieta w innej roli – na przykład w parlamencie – niż żona i matka jest tak oczywista, że aż nie widzi potrzeby utrzymania tego status quo. Oznacza to, że prawa nie do pomyślenia tych głupich 150 lat temu są przyjmowane całkiem już bezrefleksyjnie (pomijając kilku smutnych wyznawców wujcia Korwina). Zachęcam jednak do chwili zastanowienia się, czy to, co mamy nam wystarcza i czy to, co mamy my – mają wszystkie kobiety na świecie.

Innym projektem mężnie stawiającym czoła zakusom zgniłego zachodu na świętość polskiej rodziny oraz ogólnie pieszczonej tradycji jest Konferencja “Ratyfikacja konwencji Rady Europy o przemocy wobec kobiet – następstwa dla jednostki, społeczeństwa i państwa”. Zorganizował ją zatroskany parlamentarny zespół na rzecz ochrony życia i rodziny. Na pierwszy rzut oka wszystko w porządku, nie? Czegóż innego broni konwencja RE o przemocy, jeśli nie życia i rodziny? Otóż okazuje się, że nie broni, a wręcz przeciwnie, dokonuje świętokradczego zamachu. Uderza, według opinii Marka Kuchcińskiego, który postanowił patronować imprezie, w filary cywilizacji europejskiej. Jeśli dobrze rozumuję, filarem cywilizacji europejskiej jest zatem przemoc i właściwie nie mogę całkowicie temu zaprzeczyć. Aczkolwiek mam wrażenie, że Europa jakoś się do tego niechętnie przyznaje i mogłaby panu Markowi mieć za złe. Dopatrzył się też w konwencji sprzeczności z konstytucją, co prowadzi nas do logicznej konkluzji, że wobec tego stanowi sama w sobie inną konstytucję; rzecz by można: kontrkonstytucję. Inny z tych znawców praw człowieka, wiceprezes Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia Antoni Szymański, nazywa rzecz po imieniu “jeśli sprzeciwiamy się ustawom o mowie nienawiści czy korekcie płci, to musimy pamiętać, że wszystkie te rzeczy zwarte są w konwencji. Ta konwencja to konstytucja gender”.

Właściwie to co jest nie tak z ustawami o mowie nienawiści czy korekcie płci, chciałoby się zapytać, chociaż może nie pana Marka i może nie pana Antoniego. Nie warto też o takie rzeczy pytać Prezesa Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris Aleksandra Stępkowskiego, który z trwogą zauważa, że konwencja traktuje istniejący ład społeczny jako przyczynę przemocy wobec kobiet i zakłada jego zmianę, podczas gdy w konstytucji deklarujemy przywiązanie do tradycji. Pomysł, by w ramach ćwiczenia intelektualnego rozważyć mniejsze przywiązanie do tradycji bądź też zadać sobie pytanie, czy istniejący ład społeczny jest idealny, odrzućmy jednak jako zbyt śmiały. Ostatecznie, panowie są bardzo zajęci prezesowaniem, wiceprezesowaniem i wicemarszałkowaniem, mają pełne ręce malin, z którymi nacierają na panoszący się gender, obolałe ramiona od wspierania filarów cywilizacji europejskiej i zdrętwiałe nadgarstki od więzów z tradycją. Nie zaprzątajmy ich ślicznych główek bardziej skomplikowanymi zagadnieniami.

Póki sobie zawiązują zespoły i organizują konferencje, możemy się pośmiać, chociaż naturalnie chciałabym, by moje podatki poszły na coś innego. Niemniej nie upatrywałabym w tym elementu bardziej szkodliwego niż odeśmianie sobie dupska. Bardziej martwi mnie to, że wicemarszałek, że Gowin, że Królikowski, że oni wszyscy są w rządzie – wybranym pośrednio przez nas jako liberalniejszy od PiSu. W ciągu kilku lat nastąpiło radykalne przesunięcie na prawo.

My mamy komfort demokracji – może nieudolnej, może niedojrzałej, ale jednak co kilka lat mamy szansę zmienić to towarzystwo i przynajmniej przez chwilę łudzić się, że ktoś spełni swoje wyborcze obietnice. Możemy wyjść na ulice w Manifie lub Marszu Równości. Możemy prowadzić blogaski, takie jak mój, obśmiewać tych durniów i nie spotkać się z przykrzejszymi konsekwencjami niż umęczliwy komentator pod notką.

Myślę, że doczekamy się ratyfikacji konwencji. Tu umieściłam FAQi jej dotyczące – gdybyście mieli wątpliwości, zajrzyjcie. Ja nie mam żadnych.

W innych krajach kobiety mogą protestować konspiracją, ucieczką z kraju lub tańcem na ulicach. To dla nich tańczyliśmy w zeszłym roku i dla nich zatańczymy 14 lutego, w Warszawie przy Metrze Centrum o 18:00. Taniec nie ma bezpośredniego wpływu na prawo, ale ładnie wygląda, fajnie wygląda w kamerach, przyjdzie trochę dziennikarzy i spyta, po co tańczymy. Wtedy powiemy, że przeciw przemocy, za te, które nie mogą walczyć same.

Poza tym – taniec w tłumie daje ogromne poczucie solidarności. A solidarności potrzebują i te, które doświadczają lub są świadkami przemocy, i aktywistki. Wszystkie. Wszyscy.

Może bardziej niż kiedykolwiek.

Szprotest na Nowy Rok.

Szprota

Drogie Czytelniczki, drodzy Czytelnicy!

Każdego roku o tej porze roku przeżywamy refleksje podsumowujące. Kierujemy myśl ku naszym rodzinom i podejmujemy refleksję na temat sytuacji współczesnej rodziny. Dzisiejszą Ewangelię opowiadającą o tym, że Rodzina z Nazaretu w trudnych i niejasnych sytuacjach starała się odczytać i wypełnić wolę Bożą, dzięki czemu wychodziła z nich odnowiona, usłyszą miliony chrześcijan na całym świecie. Tym samym zostaną przekonani, że także dzisiaj posłuszeństwo bogu i jego niezrozumiałej czasem woli jest gwarantem szczęścia w rodzinie, również w przypadkach przemocy w rodzinie, alkoholizmu czy nadużyć seksualnych.

Błogosławiony Jan Paweł II, czyli jak wszyscy wiedzą jedyny papież, z którego zdaniem polscy biskupi zdają się liczyć, przypomina wbrew zapisom historycznym i zdrowemu rozsądkowi, że prawda o instytucji małżeństwa jest „ponad wolą jednostek, kaprysami poszczególnych małżeństw, decyzjami organizmów społecznych i rządowych” (23 II 1980). Pociska jeszcze sporo bełkotu na temat kobiecości i męskości danych od boga, nierozerwalności instytucji małżeństwa i podkreśleń, że jedynie taka rodzina jest odpowiednia do wychowywania dzieci, co szczególnie potwierdzają reportaże typu “Kato-tata”.

Ta chrześcijańska wizja jest arbitralnie narzuconą normą, o której klerycy opowiadają, iż wypływa z odczytania natury osoby ludzkiej, natury małżeństwa i rodziny. Wziąwszy pod uwagę stosunek przedstawicieli tej instytucji do nauk zarówno ścisłych, jak i społecznych, musimy zgodzić się, że o rodzinie wypowiada nam się tutaj istny panel ekspertów. Jak twierdzą, odrzucanie tej wizji prowadzi nieuchronnie do rozkładu rodzin i do klęski człowieka, bez cienia refleksji, jak bardzo definicja rodziny zmieniała się przez wieki i jak uniwersalną zdaje się być prawda, że dziecko powinno być wychowywane przez kochających je bliskich. Jak pokazuje historia ludzkości, ślepe zaufanie katolickiemu Stwórcy jest często niebezpieczne i zagraża szczęśliwej przyszłości człowieka i świata. Wspomnijmy krucjaty, polowania na czarownice i Inkwizycję. Muszą zatem budzić w biskupach najwyższy niepokój próby przedefiniowania pojęcia małżeństwa i rodziny sugerowane współcześnie, zwłaszcza przez, jak to oni określają, zwolenników ideologii gender i nagłaśniane przez niektóre media. Wobec nasilających się ataków na gender studies czy gender mainstreaming skierowanych na różne obszary życia rodzinnego i społecznego czuję się zobowiązana, by z jednej strony stanowczo i jednoznacznie przypomnieć o braku państwowych środków, które by dostatecznie wspierały życie rodzin niepełnych czy najuboższych, co razi zwłaszcza wobec ostentacyjnego bogactwa katolickich możnowładców, a z drugiej podkreślić całkowity brak zagrożeń płynących z propagowania nowego typu form życia rodzinnego, z uwagi na płynność i zmienność definicji rodziny poprzez wieki.

Ideologia gender, jak sobie fantazjują biskupi, stanowi efekt trwających od dziesięcioleci przemian ideowo-kulturowych, mocno zakorzenionych w marksizmie i neomarksizmie, promowanych przez niektóre ruchy feministyczne oraz rewolucję seksualną. Jest w tym ułamek prawdy: wszystkie wymienione ideologie są z gruntu rewolucyjne i stwierdzają konieczność przedefiniowania odpowiednio: klas społecznych, roli kobiety w społeczeństwie i seksualności ludzkiej, również w społecznym wymiarze. Jak wszyscy wiemy, gender nie ma jednak wymiaru ideologicznego, lecz czysto badawczy. Równie dobrze można by mówić o ideologii antropologicznej czy etnograficznej. Sprzeciw biskupów wobec tej postawy badawczej promuje zasady całkowicie sprzeczne z rzeczywistością i integralnym pojmowaniem roli człowieka. Sama myśl o tym, że płeć biologiczna ma znikome znaczenie społeczne, i że liczy się przede wszystkim płeć kulturowa, którą człowiek może swobodnie modelować i definiować, niezależnie od uwarunkowań biologicznych, napełnia ich dusze czystą trwogą. Według ideologii serwowanej przez episkopat fakt, że człowiek mógłby siebie w dobrowolny sposób określać: czy jest mężczyzną czy kobietą, może też dowolnie wybierać własną orientację seksualną, jest czymś nagannym. To dobrowolne samookreślenie, które nie musi być czymś jednorazowym, ma prowadzić do tego, by społeczeństwo zaakceptowało prawo do zakładania nowego typu rodzin, na przykład zbudowanych na związkach o charakterze homoseksualnym – trwożą się dalej klerycy. I ja byłabym strwożona stwierdziwszy u siebie aż takie oderwanie od rzeczywistości: pomijając fakt, że możliwość wyboru preferencji seksualnych czy płci jest etycznie obojętna, gender nie jest o tym. Gender jest o tym, że kobiety nie muszą do garów, a faceci za kółko. O tym, że mojemu partnerowi a.k.a konkubentowi nic nie odpadnie, gdy sięgnie po odkurzacz, ja zaś czuję się w pełni spójną kobietą mając nieogolone nogi.

Straszenie ideologią gender wynika w gruncie rzeczy z głęboko destrukcyjnego charakteru obecnej roli hierarchów Kościoła w Polsce; zarówno wobec pojedynczych, jak i relacji międzyludzkich, a więc całego życia społecznego. Zgodnie z najlepszymi wzorami historii Kościoła Katolickiego, jak zawsze uderzają w najsłabszych: kobiety nie podporządkowujące się roli matki i żony, mężczyzn rezygnujących z postawy macho. Czytamy w ich wynurzeniach kuriozalny tekst: “Człowiek o niepewnej tożsamości płciowej nie jest w stanie odkryć i wypełnić zadań stojących przed nim zarówno w życiu małżeńsko-rodzinnym, jak i społeczno-zawodowym”. Doprawdy, mocne słowa jak na mężczyzn w sukienkach, zadających się w zadziwiającej liczbie z chłopcami. Próba zrównania różnego typu związków jest de facto poważnym osłabieniem małżeństwa jako wspólnoty mężczyzny i kobiety oraz rodziny, na małżeństwie zbudowanej – zamiast tego nienaruszalnego w oczach kleryków wzoru proponuje się wspólnotę rodzinną, rodzinę patchworkową, grupę ludzi związanych bliskością, miłością i wzajemną troską. Wskażcie, co w tym nagannego, I dare you.

Spotykamy się z różnymi postawami wobec działań podejmowanych wobec zagadnienia gender. Zdecydowana większość nie wie, o co w ogóle chodzi, nie stwierdza więc żadnego zagrożenia. Inni, znużeni tematem przewijającym się ostatnio przez pierwsze strony gazet, odbijają się od niego bez chęci zagłębienia – i właściwie trudno ich za to winić. Wąskie grono osób – zwłaszcza nauczycieli i wychowawców – próbuje na własną rękę poszukiwać informacji o gender studies. Są wreszcie i tacy, którzy widząc absurdalność tej nagonki na tematykę ról społecznych uważają, że Polacy sami odrzucą roztaczane przed nimi apokaliptyczne wizje. Tymczasem gender mainstreaming, czyli równouprawnienie ról płciowych od wielu miesięcy wprowadzane jest w różne struktury życia społecznego: edukację, służbę zdrowia, działalność placówek kulturalno-oświatowych i organizacji pozarządowych. Warto tu wspomnieć, że i episkopat pełną garścią sięgnął po dotacje unijne w tym zakresie, zatem albo wbrew deklaracjom z ambony wypełnia je co do joty, albo też dopuszcza się poważnego nadużycia. Dodać należy, że w przekazach części mediów wspomniane gender mainstreaming jest ukazywane pozytywnie: jako przeciwdziałanie przemocy oraz dążenie do równouprawnienia.

Wspólnota Kościoła podobno w sposób integralny patrzy na człowieka i jego płeć, dostrzegając w niej wymiar cielesno-biologiczny, psychiczno-kulturowy oraz duchowy. Nie jest czymś niewłaściwym prowadzenie badań nad wpływem kultury na płeć, czytamy w liście pasterskim. Groźne jest natomiast ideologiczne twierdzenie, że płeć biologiczna nie ma żadnego istotnego znaczenia dla życia społecznego. Kościół jednoznacznie opowiada się przeciw dyskryminacji ze względu na płeć, ale równocześnie dostrzega niebezpieczeństwo niwelowania wartości płci, co dość dobrze wpisuje się w nielogiczność i niespójność postaw Kościoła i religii jako takiej. Przez chwilę zdaje się twierdzić z sensem: to nie fakt istnienia dwóch płci jest źródłem dyskryminacji, ale w chwilę później już odjeżdża z peronu duchowego odniesienia, ludzkiego egoizmu i pychy, z całkowitym pominięciem silnej internalizacji przemocy w męskiej roli płciowej i uległości – w żeńskiej. Kościół w żaden sposób nie zgadza się na poniżanie osób o skłonnościach homoseksualnych – żartuje episkopat, dodając w dalszej części, że aktywność homoseksualna jest głęboko nieuporządkowana oraz że nie można społecznie zrównywać małżeństwa będącego wspólnotą mężczyzny i kobiety ze związkiem homoseksualnym.

Pozwolę sobie nie parafrazować dalej – i tak przeciągam notkę ponad miarę. Z listu pasterskiego wynika wyraźnie, że KK, jak zawsze, stoi na straży tradycji tylko dlatego, że jest ona tradycją. W sposób najzupełniej przewidywalny upycha kobiety w role podrzędne mężczyźnie, dyskryminuje inne orientacje niż heteroseksualna i tworzy wizje jednego, niezmiennego wzoru rodziny na przestrzeni dziejów. Ich zacietrzewienie wobec gender studies i gender mainstreaming wynika z faktu, iż kulturowe role płciowe, poddane refleksji, mogą wydać się nie tak niezmienne i oczywiste – tym samym całe rzesze wiernych mogą po namyśle jednak wstać z klęczek lub zacząć zadawać niezręczne pytania, co się dzieje z ich dziećmi na zakrystii.

Czego życzę im w 2014.

Źródło: http://szprotestuje.wordpress.com/2013/12/29/list-pasterski-na-niedziele/

Szprota: Dwadzieścia lat temu jest dziś

1174969_10201776392001165_1013304751_n

Publikujemy komentarz Szproty do ostatnich wydarzeń związanych z próbą zmiany przepisów  dotyczących przerywania ciąży. Polecamy lekturze.

…w 1993 roku miałam szesnaście lat, milion pryszczy, tyleż kompleksów i nadwagę. Uznawszy, że nie zawojuję świata urodą, pogrążyłam się w otchłani ciężkiej muzyki rockowej i intensywnego śledzenia ówczesnej sceny politycznej. Z ojcem, wówczas borykającym się z paroksyzmami raczkującego polskiego kapitalizmu (i nie kryjącym szarpiących nim negatywnych emocji wobec konieczności rozwiązania spółdzielni, w której działał i miał się dobrze przez wiele lat) czytaliśmy więc Przeglądy, Nie, Politykę, wczesne Wprost i oczywiście Wyborczą. Był to wiek, w którym człowiekowi generalnie kształtują się poglądy. Moje, siłą rzeczy, były niechętne Balcerowiczowi, jeśli chodzi o kwestie ekonomiczne i racjonalistyczno-liberalne, jeśli chodzi o kwestie społeczne. W tym czasie utwierdziłam się w swoim ateizmie, sceptycyzmie wobec konieczności pozostawienia po sobie potomstwa i pewności, że kobiety w tym kraju mają dość silnie przesrane.

Dość więc dobrze pamiętam debatę towarzyszącą zaostrzeniu ustawy aborcyjnej. Powtórzę kilkukrotnie w różnych miejscach serwowaną już refleksję: na moich oczach fraza “życie poczęte” z cytowanej żartobliwie lub wręcz ironicznie stawała się przezroczysta. Kobiety z pokolenia mojej babci mówiły spokojnie “wpadłam, miałam skrobankę”; kobiety z mojego pokolenia mówiły “jestem przeciwna zabijaniu życia poczętego”.

Temat, jak wiemy – wraca, jakoś tak, nieprawdaż, cichutko, dyskretnie i tylnymi drzwiami. Nie było debaty – ot, zebrało się kilkunastu kolesi od prawa (w tym jedna kobieta; dwie, jeśli doliczyć sekretarz komisji kodyfikacyjnej) i uradziło, w dużym skrócie, że jeśli kobieta poroni w późnej ciąży, to poniesie karę, a jeśli zdecyduje się na aborcję we wczesnej, to wprawdzie nie, ale już my jej utrudnimy decyzję.

Pardon, nie w ciąży, tylko w stanie oczekiwania na narodziny dziecka poczętego. Gdyż ciąża nie jest już, według Zolla i jego koleżków, ciążą, lecz właśnie przechowywaniem dziecka poczętego. Furda, że nie ma czegoś takiego, jak moment poczęcia, furda, że z płodu może rozwinąć się kilka innych rzeczy niż ludzkie dziecko – co nam tu biologia będzie mieszać. Kobieta ma rodzić.

Skutkiem ubocznym wprowadzenia w życie tych propozycji będzie jeszcze mniejsza dostępność badań prenatalnych – z uwagi na ryzyko uszkodzenia płodu podczas tych badań lekarze będą ich odmawiać. Nie będzie można ustalić, czy ciąża stanowi zagrożenie dla życia matki. Tym samym więcej kobiet będzie rodzić dzieci martwe lub kalekie. Lub umierać przy porodzie.

Zaznaczam dla porządku, że zapis o dopuszczalności przerywania ciąży do 12 tygodnia, gdy jest ona wynikiem czynu zabronionego zostaje – ale przy tak przedefiniowanym zjawisku spodziewam się zwiększonej, a przecież i tak już niemałej, presji społecznej, by nie usuwać. Ostatecznie, tak jak dotychczas, odłożyć jakąś sumkę i wyjechać – o ile jest się w stanie odłożyć. Dziewczynie z małego miasteczka, której chłopak zwinął żagle na wieść o ciąży może nie być, delikatnie mówiąc, z tym najłatwiej.

Jakiekolwiek zaostrzanie ustawy godzi przede wszystkim w status kobiet niezamożnych. To one zostaną w małej społeczności, narażone na ostracyzm towarzyski, pogardę rodziny i marną pracę. To one najpierw będą się wstydziły pójść do ginekologa, a potem do apteki. To one nie odłożą pieniędzy, by wyjechać na zabieg. I jakkolwiek w dużych miastach też mamy samotne matki z marną pracą, przecież jednak mają o tę jedną rzecz więcej: anonimowość. Mogą przynajmniej pojechać do lekarza w innej dzielnicy, a sąsiedzi zainteresują się nimi raczej dopiero, gdy zaczną rażąco zaniedbywać dzieci.

Zauważam silną dychotomię, jaka pojawia się w debacie na temat praw reprodukcyjnych. Ilekroć mówi się o aborcji na żądanie, pojawiają się głosy, że przecież zamiast aborcji można edukować, skąd się biorą dzieci i zapewniać powszechną, łatwo dostępną antykoncepcję. Podkreślam z całą mocą: nigdy nie mówimy o aborcji zamiast antykoncepcji. Nie dlatego, że tak strasznie nam krzyczą usuwane blastocysty, lecz dlatego, że zależy nam, by decyzja o reprodukcji należała wyłącznie do bezpośrednio zainteresowanych, bez technicznych przeszkód jak: cena tabletki, dostępność nieprzeterminowanych prezerwatyw czy konieczność wyjęcia sobie kilkunastu godzin z życiorysu na zabieg. Ale w przypadku gdy antykoncepcja zawiedzie – lub zawiedzie ten, kto miał być ojcem – kobieta powinna móc rozstrzygnąć sama, zaś państwo powinno ją wesprzeć w każdej z jej decyzji.

Ostatecznie, nawet z największym wsparciem, to ona poniesie ich konsekwencje.

Źródło: http://szprotestuje.wordpress.com/2013/12/17/dwadziescia-lat-temu-jest-dzis/

Szprotest: Seksuolog prowokuje wymioty

Za zgoda autorki umieszczamy cały wpis dotyczący głośnej wypowiedzi K. Boćkowskiego. Polecamy wpis, jak i cały blog.

1174969_10201776392001165_1013304751_n

Kariera Krzysztofa Boćkowskiego, seksuologa i ginekologa, który zabłysnął na łamach najpierw Czasu Białegostoku, a później Tok FM zamiast przygasnąć po pierwszym trzęsieniu ziemi chyba niestety się rozwija. Winię o to odrobinę Judytę Kokoszkiewicz z Czasu Białegostoku, która w ogóle uznała, że opinia seksuologa (a nie, dajmy na to – policjantki czy psychologa) jest istotna, gdy mówi się o przyczynach gwałtu. Twierdzę bowiem, że przede wszystkim o gwałcie należy rozmawiać albo w wymiarze czysto kryminalnym, z wykorzystaniem policyjnych statystyk czy Niebieskiej Linii, albo też w wymiarze kulturowym. Specjalista od pożycia seksualnego, choćby i z pozycji biegłego sądowego, ma w tym temacie takie same kompetencje co przypadkowy pasażer w tramwaju i z takim samym prawdopodobieństwem trzaśnie z przytupem srogiego kocopoła.

O obwinianiu ofiary pisałam tu już tyle razy, że prawie czuję się zniechęcona tematem. Widząc jednak, jak facebookowi celebryci dołączają się do opinii “ofiara gwałtu nie jest winna, ALE”, poruszę ten temat raz jeszcze. I jeszcze, i jeszcze, bo chyba nigdy dość.

Spójrzmy jeszcze raz, co mówi pan doktór:

Dlaczego kobiety wstydzą się przyznać, że zostały zgwałcone? Bo często same nie wiedzą, co tak naprawdę się stało, sytuacja była niejasna. Przykładowo, gdy kobieta umawia się na randkę, nie jest chyba świadoma, kolokwialnie mówiąc, że mężczyzna zawsze jest nastawiony na seks. Dziwić może to zaskoczenie kobiet, które mówią „po fakcie”, że chciały się tylko pocałować, a tymczasem zdarzyło się więcej. Problemem mężczyzn jest to, że trudno jest im odczytywać sygnały płci przeciwnej – ciężko jest się domyślić, kiedy kobieta chce, a kiedy nie chce.

I wiecie co: to jest trafna diagnoza. Zanim mnie zakrzyczycie, już wyjaśniam, co w niej trafnego: w naszej kulturze pojęcie “gwałtu na randce” właściwie nie istnieje. Więc tak – kobieta doświadczywszy przemocy seksualnej nie jest pewna, co się stało i na ile stało się to z jej winy. Mężczyźni wzrastają w przekonaniu, że jeśli pozwoliła na pocałunek, to pozwoli na wszystko – przecież tak jest nawet w niewinnym kinie familijnym made in USA, nie tylko w pornografii. I faktycznie nie umieją rozpoznać sygnału, że pocałunek wystarcza, flirt wystarcza, nie posuwamy się dalej. Nie jest to jednak – a tak wydaje się twierdzić pan doktor – wina kobiet, lecz systemu, który uczy nas, kobiety, uległości, zaś mężczyzn nie uczy, by pytać o intencje. Potrzebna jest zmiana.  Musimy powtarzać komunikat “jeśli nie jesteś pewny, czy chce, zakładaj, że nie chce” tak długo, aż stanie się oczywistym.

(kwestię męskiego wiecznego nastawienia na seks w cytowanej wypowiedzi pomijam – nawet jeśli to nastawienie występuje, nie jest ono wyłącznie męską domeną i nadal nic nie usprawiedliwia)

Dalej jednak pan doktor już odjeżdża ze stacji “Umiarkowana Mizoginia” w kierunku “Batshitcrazyville”, mówiąc:

Fakty, że tylko 10% kobiet zgłasza gwałt na policję wynika też z nastawienia – dla jednej ten gwałt był wielką tragedią, dla innej niekoniecznie. Wydaje mi się, że na policję zgłaszają się takie kobiety, które faktycznie nieszczęśliwie stały się ofiarami bestialskiego gwałtu, i które nie mają sobie samym niczego do zarzucenia.

Z całą pewnością jest tak, że nie wszystkie przeżywamy tę krzywdę tak samo. Przyczyny niskiej zgłaszalności gwałtów są jednak inne: aktualnie ofiara musi przejść przez długą drogę przesłuchań, niedowierzania i udowadniania, że nie zrobiła nic prowokującego. Biorąc jednocześnie pod uwagę, że ponad trzy czwarte gwałtów jest dokonywanych przez sprawców znanych ofierze – trudno się dziwić niechęci do zgłoszeń. Jak donieść na swojego męża, chłopaka czy kuzyna? Jak dowieść, że po dwóch piwach na randce i paru pocałunkach jednak nie chciało się seksu? Szansa na ukaranie czy choć odizolowanie sprawcy jest niewielka, zaś rozgrzebywanie intymnych szczegółów zajścia – upokarzające.

W dyskusji o zjawisku gwałtu bardzo często miesza się dwa porządki: jak jest i jak powinno być.

Jest tak, że męźczyźni gwałcą. Nie wszyscy. Pewna część. Czasem dlatego, że mają nasrane we łbie i chcą pokazać, kto tu rządzi, jak na przykład nadmiernie kontrolujący mężowie. Czasem dlatego, że są durnymi gimbusami, którzy całą wiedzę o życiu seksualnym mają z redtube’a, przechwałek kolegów i katechez zwanych przygotowaniem do życia w rodzinie – i nie wiedzą, że można poprzestać na pocałunku. Czasem dlatego, że przez całe życie słyszeli, że kobiece “nie” oznacza “być może”.

Dlatego, gdy przyjaciółka pójdzie na spotkanie z kolesiem poznanym przez internet, być może zasugeruję jej miejsce publiczne, naładowaną komórkę i pilnowanie drinka. Nie będzie to jednak moja sprawa i nie będę jej odpytywać, czy tego dopilnowała. Tak, jest to pewna hipokryzja. Godzę się z nią.

Powinno być tak, że choćby szła przez tę mityczną Pragę bez tych mitycznych majtek – nikt nie ma prawa jej tknąć (co najwyżej zadzwonić na Straż Miejską, bo może chora lub ućpana). Powinno być tak, że nastolatka umawiająca się z kumplem ze starszej klasy wróci do domu i będzie miło wspominała pierwszą randkę. Powinno być tak, że każde “nie” oznacza “nie”.

Dlatego nigdy nie wyskoczę z ogólną radą, by nie chodzić w dane miejsca, nie wkładać określonych ciuchów i unikać legalnych używek. Nie możemy chować się w twierdzach i zasłaniać ciała tylko dlatego, że jest jak jest. W żadnym wypadku do publicznego dyskursu nie powinniśmy dopuszczać porad, jak uniknąć gwałtu. Porada, jak go uniknąć jest bowiem jedna: nie gwałć.

Na to, że jest jak jest, nie pomoże więzienie kobiet we własnych domach i wychowywanie ich w atmosferze poczucia zagrożenia. Pomoże jednak przypominanie wszystkim, że sam popęd seksualny nie oznacza, że musimy mu ulegać wbrew woli drugiej strony – inne czynności fizjologiczne jakoś mamy pod kontrolą, prawda?

Powtórzę swoją wyliczankę z notki “Oczy ofiary“:

Kobieta w każdej chwili może powiedzieć “nie”. Jej “nie” znaczy “nie”. Nie daj sobie wmówić, że znaczy coś innego. Ludzie, którzy nie traktują poważnie czyjegoś “nie” kończą w brunatnych mundurach.

Jeśli ma krótką spódniczkę, to chce ładnie wyglądać, a nie być przeleciana.
Jeśli ma wielki dekolt, to lubi swoje ciało, a nie seks wbrew swojej woli.
Jeśli pije na imprezie, to chce się rozluźnić, a nie ściągnąć majtki.
Jeśli się z tobą całuje, to chce się całować w usta.
Jeśli ma opinię osoby, która chętnie sypia z innymi, to nadal nie oznacza, że jesteś na jej liście.
Jeśli się upiła i śpi, to woli odespać niż dostać otarć w miejscach intymnych.

Jestem wściekła, że powtarzamy tę dyskusję, że zawsze po “nie winię ofiar gwałtu” jest jakieś “ALE”. Przeświadczenie, że każda opinia jest cenna – jest przereklamowane. Większość opinii o gwałtach, jakie czytam na facebooku czy blogach to drętwe pierdolenie o prawdzie leżącej pośrodku bez śladu choćby próby poznania zjawiska, sięgnięcia po statystyki policyjne czy teksty na stronie Niebieskiej Linii. Bez śladu pojęcia, że żadne inne przestępstwo nie jest tak obudowane kulturową chęcią obwinienia ofiary o to, co się stało i bez żadnej refleksji, że dotyka najbardziej intymnej strefy życia.

Mam zatem taką propozycję: jeśli ktoś zamierza sformułować opinię o ofiarach z dodaniem “ALE”, niech zastanowi się, kogo interesuje ta opinia – bo nas, osoby zajmujące się od długiego czasu profilaktyką przemocy seksualnej zupełnie nie. NIKT WAS NIE PYTA O ZDANIE. Wynoście się z nim z przestrzeni publicznej na dobre.

Źródło: http://szprotestuje.wordpress.com/2013/11/03/seksuolog-prowokuje-wymioty/

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén