Fundacja Strefa Kobiet

Tag: kobiety szczecin

4.12.2015 Dotarłyśmy do kolejnego etapu „W podróży po nowe” – KREATYWNOŚĆ – fotorelacja!

Za nami trzeci etap naszego projektu W podróży po nowe – KREATYWNOŚĆ.

Kreatywność wyzwala wspaniałe emocje, podnieca, bawi, uruchamia uśpione, a często nieuzmysławiane sobie do tej pory pokłady wyobraźni czy zwyczajnej dziecięcej zabawy.

Grudzień wydał mi się idealny na pobudzenie i rozedrganie umysłów, rozświetlenie twarzy, roześmianie oczu i wyzwolenie niekontrolowanych słów i gestów – na taką zwyczajną radosność, o której w codziennym zabieganiu często zapominamy. To po to, żeby chociaż na chwilę usunąć z głowy nadzorującego Krytycznego Rodzica, z jego „nie wypada, „należy”, przestań”, „uspokój się”, „tak trzeba”, „bądź poważna” itp. Bawiłyśmy się w zakresie dobrego smaku i wyważonego umiaru, więc rozsądek Dorosłego też nie był nam tego wieczoru potrzebny.

Nie sposób opisać treści poniższego dzieła, bo jeżeli coś powstaje pod wpływem dobrej zabawy i na totalnym spontanie, to właściwie treść jest najmniej istotna, chociaż wątków pojawiło się wiele, symbolika bogata, przez to wymowa znacząca, ale myślę, że w porządku będzie, jeżeli pozostanie to wszystko w sferze tajemnicy grupy 😉 .

A zaczęło się niewinnie – od trójkąta! 😀

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

 

Wychodząc od prostych form, ustalając wspólną koncepcję przetworzenia, ale też dając sobie możliwość indywidualnego wkładu własnego, można z pozoru z niczego stworzyć zaskakujący, wieloznaczny i piękny graficznie przekaz. I przy okazji, oczywiście, świetnie się bawić! 😀

 

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

To jest niezmiernie ważne, żeby pamiętać i dbać o swoje Wewnętrzne Dziecko i Wy, Drogie, już to wiecie!

Przed nami wędrówka do kolejnego przystanku naszej podróży – do styczniowej RADOŚCI!

Do zobaczenia!

CODZIENNIE KROK DO PRZODU – AGATA, o lękach, szacunku do siebie i potrzebie bycia z innymi!

codziennieW ramach autorskiego projektu CODZIENNIE KROK DO PRZODU zamieszczamy opowieści zwykłych-niezwykłych kobiet, które poznałyśmy w naszej fundacji lub które przewinęły się przez nasze życia przy okazji różnych naszych działań, wyjazdów, wydarzeń. Zaprosiłyśmy je do tego, żeby podzieliły się z innymi swoimi doświadczeniami, żeby opowiedziały o tym, jak udało im się podnieść po różnych życiowych zawirowaniach i nie tylko wstać, ale CODZIENNIE stawiać chociażby ten jeden KROK DO PRZODU! To kobiety, które uwierzyły, że warto się starać i żyć jak najpełniej się tylko da. Kobiety w różnym wieku, z różnych miejsc, z różnym wykształceniem, pochodzeniem, zasobnością portfela – prawdziwa przebogata mozaika!

Agatę* poznałam kilka lat temu, pojawiła się po prostu na jednym z naszych wydarzeń, potem wzięłą udział w cyklu warsztatów. Bardzo pozytywna postać, skupiona, trafnie analizująca, z lekko sarkastycznym, ale uważnym na otoczenie, poczuciem humoru. Wydawała mi się poukładana wewnętrznie i bardzo silna, świadoma swoich deficytów i zasobów. To bardzo młoda osoba, chwilę po studiach, więc postanowiłam dać jej szansę i złożyłam niewielką ofertę współpracy. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że lęki przed wyzwaniem zablokowały ją na kilka miesięcy przed kontaktami ze mną. Zazwyczaj udaje mi się dość szybko odczytywać ludzi, w tym przypadku poniosłam klęskę. Jednak nauczyłam się nie odpuszczać wobec osób, które wydają mi się cenne i ważne i tylko dzięki temu poznałam drugą stronę Agaty, tę delikatną, nieco pokruszoną, chwilami mroczną, ale też walczącą i stawiającą na swoim.

Za zaproszenie do przedsionka swojego wnętrza bardzo Ci dziękuję, Agato! Podziwiam Cię za umiejętność dystansowania się do sytuacji i podnoszenie po upadkach!

Spisałam wiernie Agaty wypowiedź; nie chciała jej napisać sama. To też dla mnie wielka odpowiedzialność. Trochę to trwało, zanim poczułam, że dam sobie radę z zarysowaniem ludzkiego śladu na piasku, tak, żeby to był dalej ślad tego właśnie człowieka, na odpowiednim poziomie wyrazisty, ale też w odpowiednim zakresie rozmyty.

Agata o sobie:

Chcę opowiedzieć o tym, jak praca nad sobą jest ciężka i w sumie chyba nigdy niekończąca się. Jestem jeszcze młodą osobą, a pracuję nad sobą już od 6 lat. I wciąż huśtawka: raz małe zwycięstwo, a za chwilę spory kryzys i ciąg gorszych dni.

Wiem jakie mam w sobie zasoby i to powoduje, że za każdym razem się podnoszę. Na pewno jestem wytrwała, uważna i cierpliwa, uparta i odważna, a przede wszystkim szczera wobec siebie (co jest dla mnie szczególnie cenne).

Ale mam też w sobie trochę lenia, szczególnie jeżeli chodzi o dawanie ludziom tyle, ile by ode mnie chcieli. Jeżeli coś nie jest moją pasją, to nie widzę sensu, żeby wkładać w to dużo energii.

Mam świadomość, że jestem z pokolenia rozpieszczanych dzieci i uważam, że właśnie dlatego nie umiem radzić sobie z problemami. A czyjaś uwaga wyprowadza mnie wręcz z równowagi. Uczę się odpuszczać, bo to też antidotum na mój perfekcjonizm.

Nie pracuję teraz w wyuczonej przez siebie profesji. Postanowiłam trochę odejść, oddalić się, zdystansować od tego, co wydawało mi się kiedyś, że będzie dla mnie najlepsze. Zawód był ogromny i realiami w pracy, i sobą.

Teraz pracuję w grupie. Mówię o sobie, że jestem trybikiem w maszynie i jest mi z tym w miarę dobrze, głowa mi odpoczywa od poprzednich doświadczeń. Staram się wyłapać, jakie myśli pojawiają się we mnie na temat mojej zawodowej przyszłości i z tym wciąż jeszcze jest różnie. Ta praca na początku pobudziałą we mnie syndrom ofiary, ale z czasem zrozumiałam, że jak bardziej się postaram, zadbam o siebie, to ludzie mnie zaczynają doceniać, zauważają, chwalą, a to mi wychodzi na dobre, zwyczajnie się opłaca. Nie chcę uciekać tym razem, chcę o siebie zawalczyć.

Rok temu trafiłam do Anonimowych Żarłoków (AŻ). Dziewczyny z grupy dodają mi sił, a to mi pozwala na bycie szczerą wobec siebie – niezwykle ważne przy mojej przypadłości, przy moim nałogu! Mam ogromną potrzebę bycia w grupie wsparcia, posiadania takie stałego, bezpiecznego dla mnie miejsca. Brakuje mi ludzi, z którymi mogłabym pogadać na temat inny, niż mój własny rozwój, zmiany, praca nad sobą. Potrzebuję takich „zwykłych” tematów również. W tej grupie to mam!

Mam świadomość, że skrzywdziałam rodzinę swoim nałogiem, szczególnie jedną ważną dla mnie osobę. Niestety już jej nie ma wśród nas, a ja nie zdążyłam przeprosić jej za to, że odcięłam się i od niej, i od pozostałych bliskich. Mam z tym problem, bo nie mogę już nic zrobić. Może kiedyś sobie wybaczę…

Powoli stosunki z bliskimi poprawiają się. Szczególnie wzbiera we mnie radość, gdy obserwuję moją mamę: po życiu z przemocowym partnerem, odcięłą się i teraz naprawdę kwitnie. Jest mi tym lepiej, że odrobinę dała sobie pomóc w tej trudnej sytuacji, a tym bardziej, że tę pomoc przyjęła ode mnie.

Na wszystko potrzeba czasu – wiem to. Trudne i przykre doświadczenia bolą i często podcinają skrzydła – to też wiem. Ale wiem też, że ważne jest, żeby siebie szanować, pamiętać o swoich potrzebach i dbać o nie, troszczyć się o swoją kobiecość, celowo nie robićź sobie krzywdy. I zmieniać stare, ograniczające mechanizmy – tak to jest niezwykle ważne! Czas i cierpliwość i wiara, że się uda! No i ludzie, ci którzy chcą dla mnie dobrze, dbają o mnie, troszczą się, którym zależy! Już pamiętam, żeby też o nich dbać, nie odcinać się, próbować dogadywać, układać, tłumaczyć… ŻYĆ!

*Agata – na prośbę rozmówczyni jej imię zostało zmienione.

CODZIENNIE KROK DO PRZODU – NATALIA, o zdrowieniu, zwalnianiu i stawaniu się dla siebie coraz ważniejszą osobą!

 

codziennie

W ramach autorskiego projektu CODZIENNIE KROK DO PRZODU zamieszczamy opowieści zwykłych-niezwykłych kobiet, które poznałyśmy w naszej fundacji lub które przewinęły się przez nasze życia przy okazji różnych naszych działań, wyjazdów, wydarzeń. Zaprosiłyśmy je do tego, żeby podzieliły się z innymi swoimi doświadczeniami, żeby opowiedziały o tym, jak udało im się podnieść po różnych życiowych zawirowaniach i nie tylko wstać, ale CODZIENNIE stawiać chociażby ten jeden KROK DO PRZODU! To kobiety, które uwierzyły, że warto się starać i żyć jak najpełniej się tylko da. Kobiety w różnym wieku, z różnych miejsc, z różnym wykształceniem, pochodzeniem, zasobnością portfela – prawdziwa przebogata mozaika!

 

 

Natalię* znamy od kilku lat. Wrażliwa, miła i bardzo ciepła osoba. Pierwsze kontakty przebiegały w sporym rozchwianiu emocjonalnym z jej strony, ale mimo tego zawsze miała w zapasie dużo pogody ducha i życzliwości dla ludzi. Pojawiła się u nas z niewesołą perspektywą swojego dalszego osobistego życia. Dziś ma już wiele zmian za sobą, a wiemy, że chciałaby znacznie więcej i temu dopingujemy.

Natalia jest przykładem dojrzałej kobiety, która doskonale zna swoją wartość, nie zapomina o tym, czego dokonała, co osiągnęła, szczególnie zawodowo, i dzięki temu nie ma w niej zgody na tkwienie w układzie bez perspektyw, na życie w odrętwieniu, na odmawianie sobie zaspokajania własnych potrzeb. Chce się spełniać na każdym polu, a że nie wszystko tu i teraz jest zależne od niej, dokonuje zmian i ulepsza swoje życie tam gdzie tylko może.

Niepotrzebna nam była rozmowa face to face, wiedziałam, że Natalia sama doskonale da sobie radę z naszą propozycją i tak też się stało.

Przeczytajcie, co ma Natalia ma Wam do przekazania.

***

Witam wszystkie Czytelniczki i wszystkich Czytelników.

Kiedy Małgosia zaproponowała mi udział w projekcie, moją pierwszą myślą było – super, fajnie, opowiem o sobie bo fajna jestem i niech się pochwalę.

Potem przyszła refleksja numer dwa – no niby taka jestem fajna, to niby co mam o sobie napisać?… Że pochwalić się? Niby czym?… Właściwie to raczej przeciętna jestem taka, nie jakaś bojowniczka ani za, ani przeciw, przeciwności losu mnie nie zjadają (odpukać) i walczyć z nimi nie muszę, nie tworzę jakichś ambitnych projektów, nie udzielam się bardzo… O czym więc pisać?…

A, pal licho, miało być o mnie to będzie o mnie. I o codziennym kroku do przodu.
Ważne jest to „do przodu”. Bo jak jest przód, to znaczy, że jakiś kierunek jest i wtedy można dokądś podążać. Albo nie podążać, jak się nie chce lub nie może. Ale jak kierunku nie ma, to „krok po kroku” można iść donikąd…

Bo ja tak sobie długo szłam przez życie bez świadomości podążania dokądkolwiek. Życie mnie pchało trochę tu, trochę tam. Szkoły, studia, małżeństwo, dziecko, praca, kariera… wszystko się w odpowiedniej porze pojawiało i jakoś tam się działo. Nawet jeśli czasem wydawało mi się, że niekoniecznie właśnie tego chcę, to jakoś nie miałam chwili na to, aby się zatrzymać, zastanowić, pomyśleć – czy to na pewno mój kierunek jest? Czy to właśnie mój „przód”? Wszystko szło szybko i samo się działo, jedne obowiązki goniły następne, potrzeby rosły, możliwości również, tylko czasu na korzystanie z tych możliwości było jakby coraz mniej. I świadomości coraz mniej. I ciekawości, i radości też coraz mniej.
I tak się doprowadziłam do stanu typowego „praca – dom – spanie – praca – jedzenie – dom – spanie – praca – dom – praca – …” Jak chomiczek w kołowrotku.

Trochę nawet próbowałam robić rzeczy „dla siebie”, ale nawet jak znajdowałam czas na przyjemność, to uparty mózg cały czas gdzieś tam w tle i tak przetwarzał – co, kiedy, gdzie i w jakiej kolejności jeszcze mam zrobić. Czytam sobie książkę (no przecież przyjemność sobie zrobiłam, czyż nie?), ale w głowie nieustanne: „jeszcze przygotować coś tam na sobotę”, „ten raport w pracy to pamiętaj że jeszcze trzeba dopracować”, „nie zapomnij że…”, „ile tam ludzi ma być – chyba ze dwadzieścia?”…
I tak rok po roku. Zmęczenie straszne. I smutno coraz bardziej. I samotnie. No ale przecież „nic złego się nie dzieje” i „no czego ty wymyślasz, dziewczyno?, przecież wszystko gra” – sama tak do siebie mówiłam i sama sobie wmawiałam, że jest dobrze. Przecież rodzinę mam, nikt nie choruje, z pieniędzmi dajemy radę, jest co jeść i gdzie mieszkać, dziecko jakoś się uczy i nie wagaruje, no to – o co kaman?…

W końcu organizm powiedział – dość. Skoro sama nie widziałam, że jest źle, to moje ciało zaczęło mi to wyraźnie dawać do zrozumienia (bo nasze ciała całkiem mądre są – teraz to wiem). Zaczęło boleć. To było ze cztery lata temu.
Chodzenie po lekarzach w poszukiwaniu diagnozy dało tylko jedno – wszystkie badania mówiły, że jestem zdrowa 🙂 . A ból był już taki, że w nocy spać nie mogłam, a nawet jak zasnęłam, to się budziłam przy byle ruchu. Ale zdrowa jestem przecież…

No to jak nie lekarze, to ja sama muszę pomyśleć. I zaczęłam myśleć. W końcu zaczęłam myśleć. O sobie. I o tym, czego może MI potrzeba… Nie mojej mamie, nie dziecku, nie mężowi, nie szefowi, nie koleżance, tylko MI. I wiecie – okazało się, że ja też potrzebuję różnych rzeczy. Jeszcze nie do końca i nie zawsze wiem, jakich. I jeszcze nie do końca wiem, jak je sobie dać…
Ale przynajmniej mam już kierunek – poznać siebie. Poznać siebie bardziej. I poznać świat i jego możliwości. Bo świat ciekawy bardzo jest. I ja też jestem ciekawa. Jestem ciekawa świata i ja jako osoba jestem ciekawa dla świata. Bo fajna jestem 🙂 .

Nadal dużo pracuję, nadal mam dużo obowiązków i właściwie jakby spojrzeć obiektywnie, to tak za dużo to się nie zmieniło. Tylko ja się zmieniłam bardzo i moje podejście do siebie samej i do świata naokoło. Jestem ważna i mam prawo chcieć albo nie chcieć, zgadzać się albo odmawiać. To takie proste, a takie trudne…
Znów mnie wiele rzeczy cieszy. Znów zaczęłam zauważać te rzeczy, które mnie cieszą i dałam im na to szansę. Zauważam siebie samą i widzę, kiedy mam już dość. Uczę się wyciszać, zwalniać, dostrzegać… Te ostatnie parę lat (tak, tak, to nie przychodzi samo ani szybko) dużo pracowałam nad sobą i swoim podejściem do życia, do świata, do siebie i do innych. Teraz się sobie podobam.
Ciało jeszcze czasem boli, ale coraz rzadziej i znacznie, znacznie mniej. Ani w spaniu mi nie przeszkadza, ani żadnych leków nie biorę. Próbuję różnych nowych rzeczy, czytam o wielu fajnych rzeczach, zauważam nowe obszary, które dotychczas albo pomijałam (bo brak czasu) albo lekceważyłam (bo to głupoty jakieś), nowych ludzi spotykam. Ciekawych.
Jeszcze czasem bywają gorsze dni, no ale bez nich nie odczuwałabym przecież tych lepszych. Jeszcze nie wszystko ułożyłam sobie tak, jak bym chciała, ale dzięki temu mam na co czekać i co planować. Jeszcze wiele mam spraw, które czekają na przemyślenie i czasem – podjęcie decyzji. Ale to powoli… Codziennie krok po kroku… Do przodu 🙂 .

PS. Jak widać, teraz popadłam w drugą skrajność – nieuleczalny optymizm 🙂 . Może z czasem trochę mi przejdzie, ale na razie podoba mi się tak, jak jest.

*Natalia – na życzenie osoby piszącej powyższe jej imię zostało zmienione.

30.09.2015 O kobietach samotnych i smutnych, choć z pozoru…

Za każdym razem, gdy przygotowuję materiał na nowy warsztat, którego przesłaniem przewodnim ma być przeciwdziałanie przemocy wobec kobiet, stają mi przed oczami te wszystkie zalęknione, zmęczone czy sfrustrowane kobiety, które pojawiają się w naszej fundacji. Przypominam sobie ich słowa, opowieści… Ale najbardziej wbijają mi się w pamięć ich twarze – te pamiętam dokładnie, nawet jeżeli imiona ulatują z pamięci.

Zaczyna się tak samo: dzwoni telefon, odzywa się kobiecy głos, niepewny, nieufny, ale wreszcie przekonany, że chce przemówić. Rozmawiamy przez chwilę, umawiamy się na spotkanie w fundacji… Domofon, wreszcie się widzimy… W drzwiach pojawia się zwyczajna osoba, jedna z wielu takich, jakie pracują w naszych urzędach, rozliczają nasze podatki, prowadzą swoje drobne biznesy, odprowadzają dzieci do szkoły, spacerują z rodzinami po Jasnych Błonach. Zadbana, miła, jeszcze niepewnie uśmiechnięta… Zasiadamy w zaciszu przy aromatycznej kawie i zaczynamy rozmowę.

To jest tak, że zazwyczaj nie widać śladów po razach na twarzy, sińców na ciele… Najczęściej zresztą w ogóle ich nie ma. Tych fizycznych. Bo tych psychicznych jest już tak wiele, że przestają mieścić się w umyśle: nieustannie dźwięczą słowa, obrazy, cierpnie skóra od wiecznego upokarzania, niemoc życia w zależności zabiera radość zwyczajnego funkcjonowania… Do tego dochodzi złość na samą siebie za dawne wybory, za godzenie się na takie życie, za bierność. I wyrzuty sumienia za to, że dzieci wysłuchują regularnie, są świadkami, rozjemcami nierzadko, za to że współcierpią, izolują się z czasem, zamykają w sobie, przestają szanować. Jednak za każdym razem, jak mantra, pojawiają się myśli, że przecież nie jest tak najgorzej, mamy dom, dwa samochody, jest co jeść, mamy się w co ubrać. On przecież daje pieniądze. Że wylicz i rozlicza? Przecież to on nas utrzymuje, więc to normalne, że chce wiedzieć na co i ile, i czy jest konieczność, to nic złego. Nieraz krzyczy? Bo ma ciężkie chwile w firmie, jest zmęczony? Żąda ciszy i niezawracania mu głowy pierdołami? A co w tym dziwnego? Zajmę się wszystkim, ogarnę wywiadówki dzieciaków, pozałatwiam sprawy. On nie musi nawet wiedzieć. Przecież to takie drobne wyskoki córki, nastolatka, wiadomo. A syn? Nic się nie stało, odzywa się tak do mnie od jakiegoś czasu, ale to dobry chłopak, jest przemęczony, w tych szkołach tyle teraz zadają, poza tym jest dyslektykiem, dojrzewa, nie jest mu łatwo, wiadomo.

A seks? Kto ma o tym czas myśleć? W tym zabieganiu, w natłoku obowiązków. On późno wraca, coś zjada, odpoczywa przy komputerze, relaksuje się, wie pani. Poza tym jest bardzo nerwowy, drażliwy, wypija drinka czy dwa na uspokojenie i zasypia w fotelu, zmęczony, wiadomo. Nieraz jak jest w dobrym humorze, jak w firmie, wie pani, jakiś kontrakt, umowa, sukces… – coś dobrego, jak się zdarza (ja dokładnie nie wiem, bo mi nie mówi, bo i tak bym nie zrozumiała, więc już teraz nawet nie pytam), to wtedy, tak śpimy w jednym łóżku i jest seks… ale to trochę inaczej, niż kiedyś: szybko, w pośpiechu, nieraz trochę… brutalnie z jego strony, ale tylko nieraz, to może dlatego, że tak rzadko i wie pani, facet to inaczej, jak mu się nazbiera, to i się wyżyć musi… No, nie wiem. Szkoda, że już nie tak jak kiedyś.

Właściwie to nie znam jego znajomych. Na biznesowe spotkania chodzi beze mnie, bo mówi, że to nie dla moich uszu, bym się zanudziła. Nieraz z delegacji przywozi mi magnes na lodówkę, ładny zazwyczaj, taki jakiego jeszcze nie mam, bo wie pani, zbieram magnesy.

Nie, nie, za bardzo razem nie wyjeżdżamy, na święta tylko, do rodziców. Mamy dom, rośliny, psy i kota – trzeba pilnować tego, dbać, wie pani, ktoś musi, wszyscy zajęci, szkoła, praca.

Nieraz mi żal, bo zaczęłam doktorat… ale to już tak dawno było. Ale to chyba nawet słuszne było, że zostawiłam, bo co by z tego za pieniądze były. Mąż od razu się wstrzelił w dobrą firmę, wspinał, awansował, to wiadomo, że jemu kolejne szkoły bardziej się przydawały. Ja czekałam aż będzie dla mnie czas i tak z roku na rok, ciągle czegoś trzeba było pilnować… Mąż mi mówił, że to moje prawo sprzed kilkunastu lat, to ja mogę sobie teraz w buty wsadzić. No i chyba już wsadziłam. Trochę szkoda, ale teraz nie czas o tym myśleć – trzeba dzieciaki edukować, bo przed nimi życie.

Takie życie zwyczajne mam, jak innych pewnie. Nie wiem, bo nie mam tu znajomych. Zostałam tu po studiach i tak jakoś wciąż nie było czasu na poznawanie ludzi.

O czym marzę? Nie wiem, nie myślałam o tym… Żeby dzieciakom się udawało. Dla siebie o czym marzę? No, nie wiem… Pomyślę, ale nie wiem teraz.

To fikcyjny monolog oczywiście, bardziej studium wielu przypadków, niż jedna osoba, ale wszystko rzeczywiste i niestety często powtarzalne. Tzw. zwykłe kobiety, z pozoru zadowolone, spełnione, a w rzeczywistości uzależnione, uwikłane, pogubione, bez perspektyw, bez własnych wyzwań i celów, coraz bardziej w środku puste, smutne i zrezygnowane, nieszanujące siebie, pozwalające na brak szacunku ze strony otoczenia.

No nic, wracam do pracy nad warsztatem. Taka refleksja była mi widocznie teraz właśnie potrzebna. Dopracuję weekendowy warsztat dla kobiet, a potem pobiegnę na zajęcia z kobietami, tymi z pozoru zadowolonymi z tego, co mają, a w środku zalęknionymi, bojącymi się odebrać dzwoniący od niego telefon, dzielącymi się z innymi kobietami w kręgu kolejnymi trudnymi opowieściami, cytującymi kolejne obelżywe określenia pod swoim adresem i zadającymi to samo od dawna pytanie: to co ja mam zrobić? przecież on w sumie nie jest taki zły!

CODZIENNIE KROK DO PRZODU – MARCELINA: kobieta, która szuka i znajduje!

codziennieW ramach autorskiego projektu CODZIENNIE KROK DO PRZODU zamieszczamy opowieści zwykłych-niezwykłych kobiet, które poznałyśmy w naszej fundacji lub które przewinęły się przez nasze życia przy okazji różnych naszych działań, wyjazdów, wydarzeń. Zaprosiłyśmy je do tego, żeby podzieliły się z innymi swoimi doświadczeniami, żeby opowiedziały o tym, jak udało im się podnieść po różnych życiowych zawirowaniach i nie tylko wstać, ale CODZIENNIE stawiać chociażby ten jeden KROK DO PRZODU! To kobiety, które uwierzyły, że warto się starać i żyć jak najpełniej się tylko da. Kobiety w różnym wieku, z różnych miejsc, z różnym wykształceniem, pochodzeniem, zasobnością portfela – prawdziwa przebogata mozaika!

Marcelina* trafiła po raz pierwszy do Strefy kilka miesięcy temu. Potrzebna nam była jej fachowa wiedza i wsparcie, ale też energia i zdeterminowanie, jakim kieruje się w życiu i potrafi nimi zarażać innym. Nie było mowy o jakimkolwiek przełamywaniu lodów między nami – zatrybiło, mówiąć kolokwialnie, natychmiast. Kobieta pod każdym względem kolorowa, bardzo świadoma tego kim jest i z czym się mierzy. Konkretna i niezwykle delikatna – dwa w jednym. Niezwykły kontakt!

Kilka dni temu spotkałyśmy się ponownie. Słuchałam, notowałam, współodczuwałam, ale w efekcie, po wszystkim, zapytałam ją czy zechce spisać swoją opowieść sama. Miałam wrażenie, że Marcelina sama najlepiej czuje i wie czym chce się podzielić ze mną i z Wami i nie pomyliłam się.

Opowieść Marceliny:

Nazywam się Marcelina i urodziłam się 36 lat temu. Problemem było to, że urodziłam się w nie swoim ciele i musiałam funkcjonować jako chłopiec. Kiedy byłam dzieckiem nie było ogólnodostępnej wiedzy na temat transseksualizmu, nie było internetu, by znaleźć wsparcie i odpowiedź co się ze mną dzieje. Poza tym urodziłam się w patologicznej rodzinie – ojciec to alkoholik, neurotyk i sprawca przemocy. W takim domu szybko nauczyłam się, że ważniejsze jest to, by przetrwać, niż szukać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

Bardzo dużo energii zużyłam na przystosowywanie się. Nauczyłam się jak być „mężczyzną”, ale to nie był nigdy mój świat. Zawsze czułam, że coś jest nie tak. Uciekałam więc do świata książek i sztuki. Pisałam wiersze i opowiadania, tworzyłam instalacje i inne formy artystyczne. Była to dla mnie jakaś odskocznia.

Dzięki namowom przyjaciół zaczęłam terapię dla Dorosłych Dzieci Alkoholików. Uporałam się z moimi demonami: przemocą fizyczną, psychiczną i seksualną, które mnie spotkały w domu rodzinnym. Jednak ciągle czułam pod skórą, że coś jest nie tak, ciągle czułąm się nie na swoim miejscu, czułam że udaję…

Wyjazd służbowy na wiele miesięcy na drugi koniec kraju dał mi dużo czasu dla siebie, a narzędzia zdobyte na terapii pozwoliły na stanięcie przed lustrem i wyznanie samej sobie, kim tak naprawdę jestem. Nie było to łatwe, tym bardziej, że tyle lat „przystosowywałam się”, zamiast słuchać głosu mojego serca. Kiedy wreszcie pozwoliłam sobie na bycie sobą, na bycie kobietą, wszystko się ułożyło w mojej głowie i zaczęło do siebie pasować. Cała moja kobiecość, którą usiłowałam tłumić i nazywać jedynie „wrażliwością” wybuchła ze zdwojoną mocą.

Zrobiłam badania, które potwierdziły, że jestem zdrowa psychicznie i nie jest to tylko mój wymysł, a także rozpoczęłam terapię hormonalną prowadzoną przez specjalistę – seksuologa.

Mimo, że było ciężko ze znalezieniem pracy (nadal miałam dokumenty na stare dane), a badania i hormony kosztowały majątek, cały czas szłam do przodu, bo wreszcie mogłam być sobą!

Kiedyś nie wierzyłam w siebie i swoje umiejętności, a po zaakceptowaniu siebie, wszystko nagle zaczęło się zmieniać, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Po dwóch latach udało mi się uzyskać wyrok potwierdzający, że jestem kobietą. Z moim przyjacielem otworzyłam firmę usługową, zatrudniliśmy pracowników i prowadzimy biznes na zasadach fair-trade.

Wiersze i inne rzeczy, które tworzyłam tyle lat nagle okazały się atrakcyjne dla innych ludzi, że zaczęłam pokazywać moją sztukę w galeriach, zaczęłam także zarabiać na niej pieniądze!

Wystarczyło tylko po tylu latach „uśpienia” obudzić się z głębokiego snu, zacząć żyć po swojemu, a cały świat pomógł mi w moich działaniach. Na mojej drodze spotkałam wielu fantastycznych, inspirujących ludzi, którzy pomogli mi w ciężkich chwilach i zrozumiałam, że: „Kto chce szuka sposobu, a kto nie chce, szuka powodu”. Moje życie udowodniło mi, iż wszystkie marzenia się spełniają, wcześniej czy później, jeśli się w nie głęboko wierzy i stara się zrobić wszystko, by się spełniły.

Z gorącymi pozdrowieniami dla wszystkich kobiet, tych, które już ruszyły z miejsca i odmieniły swoje życie oraz tych, które właśnie się budzą.

*Marcelina – na prośbę rozmówczyni, jej imię zostało zmienione.

Krąg Kobiet Dojrzałych – „Dojrzała i aktywna”

Ruszamy z kolejną odsłoną naszego Projektu “Krąg Kobiet Dojrzałych”. To nasz autorski projekt dedykowany kobietom z grupy wiekowej 60+. Realizujemy go od stycznia 2013 roku.

W ramach projektu zapraszamy kobiety dojrzałe na comiesięczne spotkania połączone z emisją filmów, dyskusjami, mini-warsztatami i prelekcjami.

Tytuł i główne przesłanie Kręgu Kobiet Dojrzałych w tym sezonie, to Dojrzała i aktywna.

Ideą Kręgu Kobiet Dojrzałych jest tworzenie przyjaznego środowiska skupiającego kobiety, miejsca, w którym panie będą mogły cyklicznie, raz w miesiącu, spotykać się oglądać filmy, dyskutować na ich temat przy kawie oraz tak zwyczajnie podzielić się swoimi pomysłami, potrzebami, doświadczeniami czy umiejętnościami z innymi kobietami.

Zapraszamy! Spotkania są nieodpłatne.

 

Pierwsze spotkanie, pod hasłem:

 Dojrzała i aktywna, bo wiem czego potrzebuję!

21 września (poniedziałek),

godz. 12.00-14.00, w naszej siedzibie.

Następne spotkania zaplanowałyśmy następująco: w 2015r.: 19X, 16XI, 21XII; w 2016r.: 18I, 22II, 21III, 18IV, 16V.

 

UWAGA! Ze względu na ograniczoną ilość miejsc prosimy o wcześniejsze zgłoszenie się na adres: info@strefakobiet.org lub telefonicznie: 506 074 740 (Małgosia)

 

[contact-form-7 id=”10887″ title=”Krąg Kobiet Dojrzałych”]

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén