Miesiąc: październik 2013 Strona 3 z 6
Ideologia gender… gender groźniejszy od faszyzmu… masoni wspierający antykoncepcję i aborcję… gender źródłem pedofilii…
„– Robienie z gender studies malowanego diabła to jakaś aberracja – odpowiada na głosy płynące ze środowisk katolickich Agnieszka Graff. Nasza rozmówczyni dodaje jednak, że ataki na gender studies to coś więcej niż dowód głębokiej niechęci Kościoła do nowoczesnej nauki.
– To próba odwrócenia uwagi od faktu, że Kościół od lat ukrywa i tuszuje przypadki pedofilii. Obwinianie o to feminizmu czy gender studies czy kogokolwiek innego to niegodziwość. Czas, by Kościół zrobił w tej sprawie rachunek sumienia – własnego, a nie cudzego – ocenia Agnieszka Graff.”
Polecamy cały artykuł!
Nos garbaty. Perkaty. Oczy? Za małe. Zbyt blisko rozstawione. I włosy proste, niedobrze. Kręcone — źle. Wąskie usta. Wiele kobiet, patrząc w lustro, widzi w nim kogoś mało atrakcyjnego. Ale czy taka jest prawda? Stawiam inną tezę. Jesteśmy piękniejsze, niż sądzimy. Udowodnię to. Z pomocą eksperta warszawskiej policji.

Dzwoni telefon: – Nigdzie nie idę. Dostałam uczulenia na policzku, wyskoczył mi pryszcz na nosie, jestem niewyspana i mam wory pod oczami. Wyglądam jak potwór! – burczy w słuchawkę Ania. Jest pogodna, jesienna sobota i zamierzałyśmy razem miło spędzić parę godzin. Wystawa, śniadanie w Wedlu… Ale rozumiem ją. Sama miewam dni, kiedy patrzę w lustro i mówię: „O nie! I ja mam się ludziom pokazać w takim stanie?”. Jestem więc zdumiona, gdy spotykam się w końcu z Anką, którą udało mi się namówić do wyjścia z domu, a ona wygląda normalnie. Coś tam ma na tym nosie, jeśliby się przyjrzeć przez szkło powiększające…
Z badań wynika, że ponad 80 proc. kobietw naszym kraju jest niezadowolonych ze swojego wyglądu. Co trzecia Polka nie cierpi swojego brzucha, co dziesiąta – nosa. Ankieterzy, którzy pytali kobiety, co sądzą o swojej urodzie, od ani jednej nie usłyszeli: „Jestem piękna”. Tylko osiem procent z nas uważa się zaledwie za ładne!
Prawda, uroda to nie wszystko. Liczy się wnętrze, mądrość, wrażliwość. Ale prawdą jest też, że ładnym lepiej się żyje. Urocze dzieci są bardziej lubiane przez rówieśników i przez nauczycieli. Ludzie atrakcyjni fizycznie łatwiej znajdują pracę i zarabiają więcej. A gdy trafią przed oblicze sprawiedliwości, mogą liczyć na łagodniejszy wyrok.
Kto nie chciałby być ładny. Każdy by chciał, a może nawet jest, ale o tym nie wie. Jak moja przyjaciółka Anka… Idę ulicą, rozglądam się i nie mam wrażenia, że mijające mnie kobiety to brzydactwa. Są całkiem w porządku, a sporo nazwałabym pięknymi. Jak to jest z tą urodą? Dlaczego nie oceniamy jej właściwie? I co można zrobić, by to zmienić?
W gabinecie luster
– Aniu, czy ty uważasz siebie za ładną? – pytam, popijając gorącą czekoladę. – No, klasyczną pięknością nie jestem. Ale lubię swoją twarz, lubię siebie – mówi przyjaciółka. Ma kompleksy jak każdy. Dociekam, czy pamięta, jak oceniali jej urodę rodzice, brat, przyjaciele. Nie przypomina sobie nic negatywnego. Z jakiegoś jednak powodu uważa, że ma duży nos, małe oczy i usta. A ja się z tym nie zgadzam. Skąd więc jej opinia?
Obraz ciała, czyli to, co myślimy o swojej sylwetce, twarzy – zaczyna się kształtować w drugim roku życia. Wtedy po raz pierwszy rozpoznajemy własne odbicie w lustrze. Niedługo potem uczymy się, że jedno odbicie drugiemu nierówne. „Śliczna dziewczynka!”, możemy słyszeć na spacerach z mamą. Albo: „Ładne dziecko, ale proszę jej tak nie czesać, ma odstające uszy”. Efekt? W pamięć zapada nam informacja, że czymś różnimy się od innych, na przykład uszami, które przyciągają wzrok.
Potem szkoła podstawowa. Przezwiska: „Marchewka”, „Gruba”, „Piegus”. Okres dojrzewania. Na policzkach pojawia się trądzik, na biodrach, brzuchu – warstwa tłuszczu, ciało się zmienia, staje się obce. To wtedy rodzą się kompleksy albo, mówiąc językiem psychologów, zaburzenia samooceny. Dziewczynkom i młodym kobietom trudniej jest zaakceptować własną twarz i ciało.
Istnieje wiele wzorców męskiej urody. Ale w przypadku kobiet obowiązuje schemat, który Naomi Wolf, amerykańska pisarka, autorka Mitu piękna, nazywa „the official body” – ciało oficjalne, publicznie obowiązujące, jak służbowa garsonka. Modelki, aktorki reprezentują właśnie ten rodzaj fizycznej atrakcyjności. Ale tylko co setna z kobiet ma szansę porównywać się z tym ideałem urody. Większość z nas odpada w przedbiegach: z powodu zbyt niskiego wzrostu, nie bardzo szczupłej budowy ciała…
Tymczasem codziennie oglądamy ok. 400-600 reklam w prasie, telewizji, kinie, na przystankach, na billboardach. W co jedenastej występuje modelka, posiadaczka „ciała oficjalnego”: chudego, o odpowiednich rysach twarzy. Porównujemy się z tymi kobietami. I zaczynamy gorzej o sobie myśleć. Patrząc w lustro, widzimy kogoś, kto wygląda inaczej. Czyli nie jest ładny.
– No i co z tego? Nie można być szczęśliwym i nieładnym? – pyta Ania zaczepnym tonem, zamawiając drugą filiżankę czekolady z bitą śmietaną. – Można, ale jest to znacznie trudniejsze do osiągnięcia – tłumaczę. Linda Papadopoulos, psycholożka, w książce Lustereczko, powiedz przecie… pisze, że przekonania na temat własnej twarzy i ciała stanowią istotną część samooceny. I że subiektywna negatywna ocena własnej fizyczności jest ściśle powiązana z życiem seksualnym.
Kobiety, które sądzą, że są nieładne, czerpią mniejszą radość ze zbliżeń i rzadziej się kochają. Ale nie te, które – w ocenie obiektywnych sędziów – naprawdę są nieładne, choć uważają, że jest inaczej. One same inicjują zbliżenia i w ogóle lubią seks. W jednym z eksperymentów uczestniczkom mówiono, że prawdopodobnie będą często odrzucane przez mężczyzn. Połowie wyjaśniono to defektami urody, połowie – niskimi zarobkami. Okazało się, że zaraz potem panie z pierwszej grupy wyraźnie gorzej siebie oceniały. Informacja o tym, że nie są zbyt bogate jak na męski gust, nie podziałała na kobiety tak druzgocąco jak wiadomość, że nie są wystarczająco atrakcyjne.
W kolejnym badaniu udowodniono, że kobiety, którym przekazano negatywną – i fałszywą – ocenę ich urody, były mniej wybredne przy wyborze partnera. Myślenie „nie jestem zbyt ładna” prowadzi więc do wniosku: „on jest dla mnie za dobry, powinnam celować niżej”. Warto jest samą siebie uważać za atrakcyjną. Ci, którzy mają siebie za atrakcyjnych, tak też są postrzegani. I korzystają ze wszystkich dobrodziejstw zarezerwowanych dla „ładnej buzi”. „Tylko jak w to uwierzyć?”, zastanawiam się, wychodząc z pijani czekolady. Chyba mam pomysł. Zamierzam udowodnić Ani, że jest naprawdę piękną kobietą. A pomoże mi w tym reklama. I stołeczna policja.

W policyjnym laboratorium
„Jesteś piękniejsza, niż myślisz”, przekonuje reklamówka Szkice prawdziwego piękna Dove, która w czerwcu na festiwalu filmów reklamowych Cannes Lions zdobyła jedną z głównych nagród. Na krótkim filmiku oglądamy, jak szkolony w FBI rysownik tworzy dwa portrety pamięciowe tej samej kobiety. Pierwszy według wskazówek osoby portretowanej, drugi według wskazówek osób postronnych. W prawie wszystkich przypadkach pierwszy rysunek przedstawia twarz brzydszą niż drugi. Zaskakujące. Ale czy prawdziwe?
http://www.youtube.com/watch?v=XpaOjMXyJGk
Kobiece piękno: Kampania marki Dove
Postanawiam to sprawdzić. Powtórzyć eksperyment w Polsce z Anią, moją przyjaciółką, w roli głównej. O pomoc proszę policjantów z komendy stołecznej. Umówionego dnia stawiamy się w laboratorium KSP, gdzie pracuje nasz ekspert Robert Wiśniewski. Jest Ania (40 lat), której portret pamięciowy będziemy tworzyć, Kama (34 lata), która będzie ją opisywała, i ja. Ania ma na twarzy maskę z brystolu – chodzi o to, by specjalista nie widział jej twarzy.
CYTAT
“Co dziesiąta Polka uważa, że jest ładna. Czy reszta to brzydule? Nie. My nie doceniamy własnej urody”
Anka poczeka na korytarzu, gdy w tym czasie Kama będzie z pamięci odtwarzała jej wygląd. A ja się przyjrzę, co z tego wyniknie. Siadamy we trójkę z Robertem Wiśniewskim przed komputerem. To tutaj zasiadają świadkowie, którzy mają za zadanie opisać wygląd osób podejrzanych o przestępstwa. Najpierw kwestionariusz. Kama dostaje planszę z rozrysowanymi popularnymi kształtami twarzy.
Jaka jest twarz Ani? Owalna? Trójkątna? Okrągła? Kwadratowa? – Owalna – mówi Kama bez wahania. Potem policjant prosi o opis wyglądu Anki. – Włosy blond słoneczny. Usta ładnie zarysowane – opowiada Kama. Policjant chce, by doprecyzować, co to znaczy „słoneczny blond”. Jakiej wielkości, jakiego kształtu są „ładnie zarysowane” usta? Nos normalny, prosty. Brwi proste. Usta średnie. Dopiero po opisaniu tych parametrów rysownik otwiera program graficzny służący do komponowania portretów.
W bazie znajduje się kilka tysięcy elementów: twarze o różnych kształtach,fryzury, rozmaicie wykrojone usta, oczy od maleńkich do ogromnych, od jasnych do ciemnych, nosy, brwi… Teraz dopiero zaczyna się prawdziwa łamigłówka. Pozbawione rysów twarze i łyse głowy pojawiają się na ekranie. Trudny wybór. Kama ogląda się na mnie przerażona. Wzruszam ramionami, nie mogę pomagać. Potem przechodzimy do włosów i brwi, tu decyzja zapada szybko.
I oczy. Po jednym kliknięciu myszką para oczu pojawia się we właściwym miejscu na twarzy. Klik! Znika. Klik – kolejne oczy, zupełnie inne. Pod wpływem tego jednego elementu zupełnie się przeobraża, łagodnieje lub przekształca w przerażającą maskę. Wreszcie są. Kama decyduje się na parę jasnych oczu ze świetlistymi tęczówkami, bo rzucają na nas z ekranu przenikliwe, znaczące spojrzenie jak żywe oczy Anki. Tylko ten mocny makijaż w stylu lat 80. – Proszę się nie martwić, makijaż zmyjemy w retuszu – obiecuje Robert Wiśniewski.
W końcu na twarz trafiają nos i usta. Podstawa jest gotowa. Teraz rysownik zabiera się do retuszowania. Zmniejsza nieco nos i usta według wskazówek Kamy. Wyrównuje koloryt skóry, zagęszcza grzywkę, dodaje zmarszczki mimiczne, pieprzyk i kolczyk w nosie. Po dwóch godzinach z ekranu patrzy na nas… Ania. Uśmiechnięta i ładna. Rozpoznaję ją z łatwością.
Przed toaletką w domu
Twarz, którą widzę, w jakiś sposób jest twarzą Ani. Wygląda jak jej starsza o 20 lat i bogatsza o wiele cierpień wersja. Portret skończony. Anka ściąga maskę. Robert Wiśniewski pokazuje jej teraz na ekranie oba rysunki naraz, ten Kamy i jej własny. – Ale Kama mi zrobiła wielkie oczy! I usta! A ten maleńki nosek? Nie, no ja nie mam takiego nosa! Źle to wyszło! – wykrzykuje poruszona.
Policjant mówi spokojnie: – To jest eksperyment psychologiczny. On nie może wyjść źle ani dobrze. A poza tym jako specjalista od antroposkopii muszę powiedzieć, że koleżanka lepiej oddała zarówno proporcje pani twarzy, jak i ogólny wyraz. Sprawia pani wrażenie miłe, radosne, a na tym portrecie odmalowała siebie w ponurych barwach.
Anka milczy. Gdy wsiadamy do samochodu, zerka w lusterko. – Wiesz, teraz gdy patrzę na swój nos, rzeczywiście wydaje mi się jakiś taki dziwnie krótki. A wcześniej miałam wrażenie, że jest ogromny! – wyznaje. Oba portrety zabiera do domu. Przygląda im się, porównuje ze swoim odbiciem w lustrze. Następnego dnia dzwoni i mówi: – Nos, oczy, usta, te z mojego portretu, mają kształt tych z mojej twarzy. Znam je świetnie i myślę, że dobrze opisałam, lepiej niż Kama. Ale faktycznie, kompletnie pomyliłam się w proporcjach! – przyznaje.
Sama tłumaczy ten fakt tak: nie ogląda swojej twarzy zbyt często, patrzy na poszczególne jej elementy. Jedno oko, drugie oko – podczas malowania rzęs. Usta, gdy nakłada pomadkę. Rzut oka na całość przez jakieś dwie sekundy i można wyjść z domu. Większość z nas nie jest po prostu przyzwyczajona do własnych twarzy (i pewnie też ciał), jakkolwiek zaskakująco to brzmi. Patrząc w lustro, skupiamy się na fragmentach: na nosie, na oku, na pupie, na nogach.
Nie widzimy SIEBIE. W tym kontekście nie dziwi, że 77 proc. Polek unika aparatu fotograficznego na imprezach rodzinnych, 63 proc. zniszczyło jakieś swoje zdjęcia „bo brzydko wyglądam”, 65 proc. bardziej niepokoi się w momencie, gdy ktoś robi zdjęcie, niż w trakcie pierwsze randki albo spotkania w sprawie pracy (dane z raportu Nieśmiała kamera Dove). Poczucie, że potem będziemy musiały obejrzeć swoją twarz na fotografii – taką dziwną, obcą – napawa nas przerażeniem.
A ten zmęczony, sfrustrowany wyraz twarzy Anki na autoportrecie pamięciowym? – Kama, moi przyjaciele, rodzina, widzą mnie umalowaną, uśmiechniętą. A ja samą siebie widzę, jak wstaję z łóżka zapuchnięta po nieprzespanej nocy, bo do późna pracowałam. Z twarzą zmęczoną, gdy jestem zestresowana. Czasami czerwoną od płaczu, gdy spotkała mnie przykrość. Wypada mi zupełnie inna średnia niż wam. Może mniej prawdziwa? – zastanawia się Ania.
Ale mówi, że chyba przyszedł czas na zmianę myślenia o własnej urodzie. Trzeba będzie spojrzeć na samą siebie z innej perspektywy. Zobaczyć w korzystniejszym świetle. Uwierzyć, że to, co wydaje się po prostu odbiciem w lustrze, faktem, jest tak naprawdę obrazem, który w dużej mierze istnieje w głowie Ani. W mojej głowie. W umyśle każdej kobiety, która patrząc w lustro, widzi kogoś nieładnego. Każda z nas jest piękniejsza, niż sądzi.
Jagna Kaczanowska, psycholog
Źródło: http://www.styl.pl/magazyn/w-swiecie-kobiet/news-jestes-piekniejsza-niz-myslisz,nId,1042406
Sheryl Sandberg prawa ręka Marka Zuckerberga „w 2011 r. zarobiła ponad 30 mln dol., posiada ponad miliard w akcjach firmy. „Forbes” w rankingu najbardziej wpływowych kobiet świata klasyfikuje ją na szóstym miejscu.” Porównuje swoją pracę do małpiego gaju, gdzie trzeba nieraz zmieniać kierunku, drogi dojścia do celu, dopasowywać się, być elastyczną. Ważne, żeby się nie wycofywać, a przyjmować pozycję lean in, czyli nachylenie do przodu, po to by wychodzić z widowni i śmiało wkraczać na scenę.
Ewa Orłowska, jedna z ofiar księdza Michała M. o 9-letnim molestowaniu, o życiu w traumie, chorobach, terapii, wybaczaniu i wierze w Boga. W kontekście ostatnich wypowiedzi hierarchów KK, dotyczących przyczyn pedofilii wśród księży, wyznania pani Ewy stają się dla nas prawdziwym manifestem prawdy!
Czy feminizm może mieć się dobrze w powieści kryminalnej? Skoro przemoc wobec kobiet i w ogóle cała prawda o ich życiu była trudno przyswajalna przez konserwatywne społeczeństwo szwedzkie Liza postanowiła przemówić do niego językiem beletrystyki.
Rozmowa z Lizą Marlund, popularną szwedzką dziennikarką i pisarką, autorką serii kryminałów, piszącą o reporterce kryminalnej Annice Bengtzon, kobiecie z krwi i kości. O przedstawianiu w powieściach kryminalnych trudności, z jakimi borykają się kobiety w społeczeństwach w jakich żyją, w pracy zawodowej, o ich życiu prywatnym…
Na zaproszenie Biura Rady Europy Stowarzyszenie Strefa Kobiet wzięło udział w debacie panelowej „Standardy Rady Europy dotyczące przemoc wobec kobiet oraz przemocy domowej w polskim prawie i praktyce”. Spotkanie odbyło się w 14 października br. w Sali Senatu UW.
Organizatorzy debaty to m.in.: Pracownia Badań Dorobku Prawnego Rady Europy, Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, Biuro Pełnomocnika Rządu ds. Równego Traktowania, Biuro Rady Europy i Fundacja „Centrum Praw Kobiet”.
Gości przywitała prof. Monika Płatek, podkreślając szczególność tego spotkania, dzięki obecności przedstawicieli organów rządowych, organizacji samorządowych i środowisk naukowych.
Poniżej stanowiska niektórych uczestników i uczestników spotkania:
Anna Błaszczak, Zastępczyni Dyrektora Zespołu Prawa Konstytucyjnego z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich stwierdziła, że przemoc wobec kobiet ma charakter dyskryminacyjny, a częstokroć kobiety doświadczają dyskryminacji wielokrotnej (ze względu na płeć, wiek, niepełnosprawność). Panelistka poruszyła również sprawę braku unormowań prawnych dotyczących dostępności i przetwarzania danych wrażliwych, co doprowadza często do tego, że ofiary przemocy nie otrzymują należnej im pomocy, a ich skargi są bagatelizowane.
Prokurator Alfred Staszak z Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze przedstawił najnowsze dane dotyczące przemocy w rodzinie na terenie województwa lubuskiego, podkreślił wzrost ilości Niebieskich Kart oraz omówił Lubuską Niebieską Tarczę – powstałą w celu przeciwdziałania przemocy w rodzinie, a opartą na nowym podejściu do starych problemów, czyli zintegrowanym systemie pomocy (zwiększona ilość dyżurów prokuratorów, pracowników OPS, pedagogów).
Kolejny panelista, sędzia Sądu Rejonowego Sebastian Ładoś zaznaczył funkcjonowanie stereotypu ugruntowującego przeświadczenie o tym, iż przemoc psychiczna to inny (w znaczeniu: mniejszy) problem, niż przemoc fizyczna. A skutki przemocy psychicznej mogą być tragiczne (zaczyna się zazwyczaj od izolacji, zaburzeń psychicznych, np. depresji, przez degradację psychiczną (tzw. wyuczona bezradność), a często kończy na samobójstwach).
Przedstawicielka Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Katarzyna Więckiewicz, podkreśliła fakt powiązania przemocy ze względu na płeć ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet (nierówne traktowanie przez państwo – świadczenia zdrowotne, poniżający charakter restrykcyjnego prawa aborcyjnego).
Podsumowując wypowiedzi panelistek i panelistów prof. Eleonora Zielińska, z Wydziału Prawa i Administracji UW, podkreśliła, że w Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej (Istambuł, 11.05.2011r.) chodzi głównie o wyeliminowanie stereotypowego postrzegania roli i znaczenia kobiet. Niezmiernie ważna jest również reparacja dla ofiar przestępstw, czyli przywrócenie ofierze sytuacji sprzed czasu, w którym doznawała przemocy, kompensacja, danie satysfakcji i gwarancja, że przemoc więcej się nie powtórzy.
Dziękujemy organizatorkom i organizatorom za możliwość uczestnictwa spotkaniu.
Justyna Bargielska, „Obsoletki”: „Zawołał na położną, żeby przyniosła słoik, podłubał znowu, wyjął ze mnie jakiś kawałek czegoś i wrzucił do słoika. Położna nakleiła poloplast z moim nazwiskiem, kazała mi się przebrać w koszulę nocną i poszłyśmy na oddział. Podziemiem, bo oddział był w innym bloku szpitala. Słoik niosła położna. Na oddziale zrobili mi USG. Lekarz uprzedził, że usłyszę różne dźwięki, ale że żaden z nich nie będzie biciem serca mojego dziecka. – Oj, no wiem – obruszyłam się. – Przecież serce mojego dziecka jest w słoiku”.
Tytuł książki „Obsoletki” pochodzi od łacińskiego zwrotu „gravid obsoleta”, czyli „ciąża obumarła”. Codziennie 68 kobiet podczas porodu zamiast płaczu noworodka słyszy przerażającą ciszę. Paulina urodziła martwe dziecko w siódmym miesiącu ciąży. „Straciłam dziecko w momencie, gdy miłość do niego okazała się większa i silniejsza niż niepokój i strach o to, czy wszystko będzie dobrze i czy ciąża się utrzyma”. Ewelina zaraz po tym, jak wydała na świat nieżywego syna, usłyszała od lekarza: „Tak się czasem zdarza. Musisz jak najszybciej o tym zapomnieć i postarać się o kolejne”. Choć minęło już 14 lat od tamtego czasu, ona wciąż pamięta.
Według badań przeprowadzonych w USA rocznie w łonie matki umiera 25 tysięcy dzieci. W 2/3 przypadków nie można zdiagnozować przyczyny zgonu. Śmierć dziecka po dwudziestym tygodniu ciąży wywołana jest zazwyczaj kilkoma czynnikami. Do najczęstszych należy odklejenie łożyska, owinięcie płodu pępowiną, infekcje i choroby matki, wady rozwojowe dzieci, gestoza (zatrucie ciążowe), uwarunkowania genetyczne (wyklucza się jednak dziedziczenie). Doktor nauk medycznych Krzysztof Nowosielski, Asystent w Klinice Ginekologii i Położnictwa Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach, podkreśla, że ważna jest profilaktyka i kontrolowanie zachowań dziecka podczas ciąży.
– Matka poznaje wówczas charakterystykę ruchów swojego dziecka i umie ocenić jego przyzwyczajenia. Zdrowy płód w ciągu dwóch godzin wykonuje około ośmiu ruchów. Jeśli kobieta ich nie wyczuje, powinna jak najszybciej skonsultować się ze specjalistą.
„A co się pani tak upomina?”
Julka, córka Pauliny, umarła rok temu. – Po mojej córeczce mam dwa dość niewyraźne zdjęcia z USG, bliznę na brzuchu, i minutę nagrania jej bijącego serca – odkryłam to nagranie przypadkowo kilka tygodni po jej śmierci, musiałam niechcący włączyć dyktafon w telefonie – mówi. Kiedy Paulina przyjechała do szpitala na rutynową kontrolę, nic nie wskazywało na komplikacje. – Byłam świadomą i pozytywnie nastawioną do naturalnego porodu pacjentką. Czułam córeczkę, czekałam na „tę magiczną chwilę pierwszego spotkania”. Nagle wszystko, co zaplanowałam, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Ból, skurcze, poród i przeraźliwa cisza.
– Lekarze walczyli o moje życie. Cesarskie cięcie w pełnej narkozie, przetaczanie krwi. Kiedy obudziłam się po operacji, wiedziałam, co się stało. Nie myślałam wtedy o bólu, tylko o tym, żeby zobaczyć Julkę. Niestety, położna nie chciała mi jej pokazać. Krzyczałam: „Oddajcie nam ją! To moje dziecko!”. Usłyszałam od lekarza, że jak na 31. tydzień miała prawidłową wagę i wielkość, nie była sina, przyduszona – wyglądała normalnie. Z niewiadomych powodów jej tętno ustało – wspomina.
Śmierć dziecka była jednak dopiero początkiem dramatu Pauliny i jej męża. Zrozpaczona matka chciała się dowiedzieć, czy lekarze przeprowadzili już sekcję zwłok i gdzie może odebrać dziecko. Niestety, pracownicy szpitala umywali ręce. – Panie z kancelarii szpitala na mój widok reagowały alergicznie. „No, ja pani współczuję, ale to nie jest w zakresie naszych obowiązków”. Odpowiadałam: „Co nie jest w zakresie obowiązków?! Informacja, gdzie jest prosektorium, numer telefonu? Przecież w szpitalach położniczych rodzą się też martwe dzieci i ktoś powinien udzielić zrozpaczonym rodzicom prostej informacji, gdzie mogą odebrać dziecko”. Odsyłały mnie do położnych na oddział, na którym leżałam. W końcu dowiedziałam się, że sekcja zwłok się już odbyła. Wychodziliśmy szybko ze szpitala, w drodze do domu przypomniała nam się piosenka „W prosektorium najprzyjemniej jest nad ranem” Macieja Zembatego, śmialiśmy się gorzko z tego skojarzenia. Człowiek przedziwnie reaguje w rozpaczy.
Paulina była zdezorientowana, nie wiedziała, co robić. – Rozmawiałam z panem, który uspakajał mnie, że ubiorą moją córeczkę, wszystko odbędzie się godnie. Mówił, że znają zakład pogrzebowy, który ma odebrać trumienkę. Mogłam przekazać dziecku małą maskotkę. Na początku czerwca chciałam się dowiedzieć, czy są już wyniki sekcji zwłok. Zadzwoniłam do pokoju lekarskiego tylko raz, a lekarz poirytowany naskoczył na mnie: „A co się pani tak upomina? Nie ma jeszcze!”, usłyszałam. Odłożyłam słuchawkę i uznałam, że nigdy więcej nie chcę mieć z tym człowiekiem do czynienia.
W świątyni pamięci
Ewelina także narzeka na lekarzy, którzy potraktowali ją w niewłaściwy sposób po „martwym porodzie”. – Podobno w Polsce rocznie ciąże traci około 40 tys. kobiet. To prawie 40 tys. dramatów i traum i praktycznie zerowe wsparcie personelu medycznego, brak procedur. A to przecież nie jest kosztowne. Wystarczy krótka rozmowa i słowo wsparcia: „Ma pani prawo pożegnać się z dzieckiem, jeśli chce”. I nie ma znaczenia, czy jest to zygota, płód, dziecko, szczątki… to nie jest COŚ, dla nas to jest KTOŚ. Zawsze – mówi.
Dobrze pamięta ten dzień, kiedy w 23. tygodniu ciąży ginekolog w czasie USG pokazał jej na monitorze dziecko – jego rączki, główkę, stopy, a potem zapytał, jak to możliwe, że zaszła w ciążę z taką przegrodą i stwierdził, że płód jest martwy. – Płakałam, prosiłam, żeby coś z tym zrobił. Że na pewno da się uratować dziecko, a ja poddam się każdej operacji. Lekarz rozkładał ręce, mówił, że jest bezsilny. Zapewniał, że półtora roku po porodzie będziemy mogli starać się o kolejne dziecko.
Od tego momentu wszystko było inaczej, niż zaplanowałam. Zamiast kupowania zabawek, ubranek i urządzania pokoju dla dziecka był płacz i obarczanie się winą za to, co się stało. Byłam przekonana, że zrobiłam coś, co mogło zaszkodzić mojemu synkowi. W końcu to pierwsze dziecko – na pewno źle się odżywiałam, spałam w niewłaściwej pozycji czy przebywałam zbyt często w zadymionym pomieszczeniu. Każdą nawet najbanalniejszą czynność traktowałam jak czynnik obciążającym mnie, matkę, której nie udało się urodzić dziecka. Pamiętam, że obudziłam się którejś nocy i ogłuszona koszmarem, wykrzyczałam podobno: „To ja je zabiłam! Zabiłam własne dziecko!”. Mój mąż był przerażony. Pewnie dlatego pokój, który przygotowywaliśmy dla syna, szybko zamienił na gabinet, „Ile jeszcze będziemy trzymać tę świątynię pamięci?”.
To się musi udać
Psycholog Monika Błaszczak, uważa, że dla kobiet, które tracą dziecko, najważniejsze jest wsparcie najbliższych. – Rodzina powinna otoczyć matkę opieką, zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa, utwierdzać w przekonaniu, że kolejna ciąża na pewno będzie udana. Zalecałabym też odwracanie uwagi od tych przykrych wydarzeń, w miarę jak najszybszy powrót do normalnego, codziennego życia, które pozwoli odzyskać kobiecie równowagę psychiczną.
Ewelina do dziś nie ma dziecka. Rozstała się z mężem, sporadycznie spotyka się z mężczyznami, ale nie myśli o założeniu rodziny. – Przez kilka miesięcy po tamtym wydarzeniu, odwracałam się na ulicy, kiedy usłyszałam słowo „mamo”, tak jakbym chciała wierzyć, że to, co się stało, było tylko złym snem. Dziś to tylko mroczne wspomnienie, które powinnam wymazać z pamięci – mówi. Paulina dzięki wsparciu Marka wróciła do pracy, która pochłania całą jej uwagę. – Był czas, że rozpaczliwie szukałam zdjęć 7-miesięcznych wcześniaków, żeby chociaż spróbować wyobrazić sobie Julkę. Teraz zmieniłam perspektywę – nie patrzę wstecz, ale zastanawiam się nad tym, co będzie za kilka lat, kiedy urodzę zdrowe dziecko. To się musi udać, prawda?
Polecamy wywiad z Maria Sveland, szwedzką pisarką, której nowa książka „Zgorzkniała pizda” właśnie ukazała się w Polsce. Wywiad na temat książki, ale i również powodów dla których Maria Sveland walczy o równość w jednym z najbardziej równościowych krajów świata. Opowiada o swoich doświadczeniach i motywacjach:
Newsweek: Czy to nie jest egoizm w czystej postaci? Chce być pani matką, a z drugiej strony – pozostać wolna?
W Szwecji jest wielu wspaniałych artystów, którzy są bardzo kiepskimi ojcami. Ingmar Bergman właściwie wcale nie zajmował się swoimi dziećmi i nikt nie oskarżał go o egoizm, za to o jego talentach mówiło się z ogromnym podziwem. Ale gdyby tak zachowywała się kobieta, pewnie by ją zlinczowano.
Nie, nie uważam, że jestem egoistką. A jeśli ktoś upiera się, by mnie tak nazywać, to najwyraźniej w wulgarny sposób próbuje zmusić mnie do poczucia winy za rzeczy, których nie powinnam się wstydzić.
Więcej na temat Marii Sveland znajdziecie pod adresem:
Przemoc w rodzinach, ta seksualna również, jest, istnieje i ma się całkiem dobrze. Istnieje na nią ciche przyzwolenie, w myśl dawnego stwierdzenie by nie ruszań tego, co rodzinne, nie mieszać się, nie ingerować, nie wtrącać.
Całymi latami gwałcone kobiety znoszą upokorzenie, strach, są bite, poniżane, boją się mówić o swojej sytuacji komukolwiek. Nie ma tu żadnej reguły co do ich wykształcenia, środowiska z jakiego pochodzą – gwałty małżeńskie dotyczą pań z tytułami naukowymi i tych bez jakichkolwiek dyplomów, tych z miast i tych z bardzo małych środowisk – nie ma reguły.
Niskie poczucie wartości, poczucie braku pomocy, osamotnienie, poczucie odpowiedzialności za rodzinę, zapieranie się siebie, po to by wizerunek rodziny i dobro dzieci nie zostały naruszone.











