Fundacja Strefa Kobiet

Autor: strefakobiet.org Strona 14 z 67

7.10.2015 O wizycie niesamowitej osoby w Strefie Kobiet!

Spotkania, poumawiane wizyty różnych osób: partnerów do współpracy, kobiet doznających przemocy, osób po porady w różnych sprawach… – to u nas niemalże codzienna sprawa.

W ubiegły wtorek ostatnią umówioną osobą była pani A. Wpadła do naszej siedziby, tak, dosłownie wpadła. O kulach wprawdzie, ale za to z jakim impetem! Wulkan energii, optymizmu i zdrowego rozsądku! Aż miło przebywać z  t a k ą  osobą. Mówiła o tym przez co przeszła, ale też o tym jak chce działać, wykorzystując własne doświadczenia.

Późnym wieczorem tego dnia dostałam na skrzynkę internetową poniższą wiadomość:

Dobry wieczór Pani Małgosiu, 

po rozmowie z Panią dostałam takiego kopa energetycznego, że od razu usiadłam i napisałam post na stronę Fundacji, a także uruchomiłam fanpage na FB i jak tylko trochę go ogarnę to dam znać 😀

Pozdrawiam
A.

Post pani A.:

Wielu ludzi uważa, że wiele rzeczy dzieje się przypadkiem. Hmmmm… no cóż, ja nie wierzę w przypadki. Wierzę za to, że odpowiedni ludzie pojawiają się w naszym życiu dokładnie wtedy, kiedy mają się pojawić i kiedy są nam niezbędni, abyśmy mogli pewne rzeczy zrozumieć, a innym razem żeby dać nam impuls do działania.
Jak nowopoznana osoba i dwie godziny rozmowy mogą wpłynąć na drugą osobę? Oj mogą i to bardzo. Dzisiaj poznałam panią Małgosię, gwoli ścisłości poznałyśmy się mailowo parę dni wcześniej, a dzisiaj miałyśmy okazję poznać się osobiście i porozmawiać o wielu ważnych dla nas sprawach.
Moja historia zaczęła się niemal 30 lat temu… Był rok 1987, chodziłam do drugiej klasy szkoły podstawowej. Mieszkaliśmy na wsi, więc drogę do i ze szkoły trzeba było pokonać autobusem. Feralnego dnia, 12 marca, wracałam ze szkoły i przechodząc przez jezdnię wpadłam pod samochód. W tej chwili już nie ważne, czyja była wina, moja, bo się zagapiłam czy kierowcy, który nie zastosował się do przepisów. Wylądowałam w najbliższym szpitalu z siedemnastoma złamaniami i wstrząśnieniem mózgu. Świadkowie twierdzili, że miałam mnóstwo szczęścia, że nie uderzyłam głową o betonową studnię, która była w pobliżu, bo wtedy bym nie przeżyła. Szczęście w nieszczęściu, można powiedzieć. Natomiast nieszczęście w tym szczęściu takie, że trafiłam do lekarza, który dyplom sobie chyba kupił, bo na pewno na niego nie zapracował (i wybaczcie, nie zamierzam za to stwierdzenie nikogo przepraszać).
Ów lekarz poskładał mnie tak, że lewa ręka zaczęła się krzywo zrastać w nadgarstku, prawa ręka ze złamaniem całkowitym z przesunięciem kości miała założony gips do wysokości złamania, a lewą nogę z potrójnym wieloodłamkowym złamaniem, zamiast na wyciąg, włożył w gips. Skutek był taki, że noga spuchła, wdała się gangrena, i ….
Po dwóch tygodniach pobytu w tym szpitalu, przetransportowano mnie do szpitala wojewódzkiego, gdzie trafiłam pod opiekę najwspanialszego ordynatora ortopedii, jaki mógł się wtedy trafić. Źle zrastającą się rękę złamano i złożono ponownie, drugą rękę również poskładano i zabezpieczono odpowiednio i zgodnie ze sztuką lekarską. Natomiast, żeby ratować lewą nogę, zdjęto mi skórę z prawego uda i zrobiono przeszczep. Jednak lekarze ostrzegali, że jeżeli się przeszczep nie przyjmie to grozi mi… amputacja…
Amputacja??!! Jak można powiedzieć dziewięcioletniemu dziecku, że utnie się mu nogę??? Trzy dni, trzy najdłuższe w moim dzieciństwie dni, trwało zanim lekarze orzekli, że przeszczep się przyjął i amputacja nie będzie konieczna. Gdybym nie była zagipsowana od szyi po pięty, to z radości skakałabym pod sufit. Noga niestety nie była już sprawna, ani zdrowa, bo była zabliźniona i sparaliżowana od kolana w dół, ale moja własna.
Nikt jednak nie przewidział skutków długofalowych tych wydarzeń. Noga oczywiście od czasu do czasu dawała o sobie znać, a to bolała, a to spuchła lub była mocno i intensywnie zaczerwieniona. Lekarze zrzucali to na karb tego, że jest, jaka jest po wypadku, więc ja też niczego więcej się nie doszukiwałam. W ten błogi i nieświadomy sposób minęło 25 lat…
Cztery lata temu (rok 2011) piękny, ciepły, majowy dzień, wróciliśmy z mężem z działki. Ja jeszcze poszłam zanieść babci zakupy, które zrobiłam po drodze. Babcia mieszka cztery ulice ode mnie, spacerkiem jest to 15 minut, ja wracałam godzinę czasu i szłam jakbym była pijana. Weszłam do domu i mówię do męża, że jakoś dziwnie się czuję, a on mi na to, żebym zmierzyła temperaturę. Zrobiłam to i własnym oczom nie wierzę… ponad 40 stopni, gdzie przez 25 lat stan podgorączkowy to było wszystko co miałam, jak byłam chora.
Jest piątek wieczorem, przychodnie pozamykane, do szpitala trzeba mieć skierowanie, jedyne co zostaje to przychodnia dyżurna… pominę milczeniem, przez co musi przejść człowiek, który leci przez ręce, bo ma wysoką gorączkę i żadnych innych objawów. Stwierdzenie lekarza, że jak mam tylko gorączkę to on nie może mi pomóc – no halo??!! Gorączka nie bierze się z powietrza.
Summa sumarum – po wielu, niekoniecznie sympatycznych przejściach – zdiagnozowano u mnie ostre zapalenie kości, spowodowane gronkowcem złocistym. Wszystko też znalazło się na odpowiednim miejscu, wszelkie dotychczasowe objawy, których nie można było powiązać z niczym innym, oraz inne dolegliwości, niekoniecznie związane z nogą.
W międzyczasie zmieniłam przychodnię i znów trafiłam w ręce lekarzy z prawdziwego zdarzenia. Próbowali na wszelkie sposoby zaleczyć choróbsko lekami, ale nic z tego nie wyszło. Pod koniec roku trafiłam do szpitala z zaleceniem leczenia operacyjnego. Żaden z młodych lekarzy nie podjął się prowadzenia i podjęcia decyzji odnośnie mojej nogi, dopiero jak ordynator wrócił z konferencji to podjęto decyzję. Ordynator poprosił mnie do gabinetu zabiegowego i w obecności pani opatrunkowej mówi tak: „Pani Aniu, mamy dwie opcje, a w zasadzie trzy…
1. Leczenie operacyjne u nas, ale od razu mówię, że nie mieliśmy do czynienia z tak zaawansowanym stanem zapalnym, więc nie daję więcej jak 10-15% szans na wyleczenie;
2. Leczenie operacyjne w specjalistycznej klinice w Otwocku, gdzie mają oddział leczenia zapaleń kości;
3. Trzecie wyjście, najmniej sympatyczne… amputacja…”
Amputacja??!! Znowu??? No dobra, jestem dorosła, jeżeli to ma mi pomóc, to trzeba tę sprawę przemyśleć… Ale najpierw wypróbujemy opcję nr 2.
Po nowym roku pojechałam do Otwocka – świetny szpital, fantastyczni lekarze – wyczyścili kość i wróciłam do domu. Wszystko było w porządku przez półtora roku. Później wszystko wróciło, można nawet powiedzieć ze zdwojoną siłą. Tyle, że tym razem wiedzieliśmy już co robić.
Najpierw wyniki: OB – 33 (norma 12), CRP (stan zakażenia bakteryjnego – norma 5) – 146 (wynik wydano po dwukrotnej analizie – dopisek z laboratorium) – do lekarza prowadzącego od razu po skierowanie do szpitala. W międzyczasie zapada decyzja – podejmujemy się amputacji – nie podejmuję się, nie podejmujesz się – podejmujemy się – w takich chwilach człowiek dopiero rozumie słowa przysięgi małżeńskiej „… w zdrowiu i w chorobie…”. Będzie ciężko, ale damy sobie radę.
Jadę do szpitala. W szpitalu lekarz pyta, czy nie lepiej byłoby jeszcze raz pojechać do Otwocka? Na co ja odpowiadam, że nie ma problemu, pytanie zasadnicze brzmi jednak: Jak długo będzie dobrze? Pół roku… rok… góra kolejne półtora, ja nie mam na to czasu, mam inne priorytety, które chciałabym zrealizować, a nie martwić się kiedy znów złoży mnie gorączka. Na co lekarz z niedowierzaniem, to chce się pani poddać amputacji? Moja odpowiedź brzmi: Tak, ale kolano zostaje.
Dwa miesiące różnych badań, wyników, prześwietleń, scyntygrafii, rezonansu. Można ratować kolano. Termin operacji początek listopada. Praktycznie do ostatniej chwili – czyli mniej więcej tydzień przed pójściem do szpitala – nikt nie wiedział o tym jaką decyzję podjęliśmy. Jedynie moja siostra wiedziała od samego początku. I odpowiednio wcześnie poinformowałam swojego szefa o zaistniałej sytuacji i o tym, że na jakiś czas będzie trzeba znaleźć zastępstwo, bo niestety nie wiem ile mi zajmie powrót do zdrowia.
4 listopada 2014 roku stawiłam się w szpitalu. Większość ludzi ogromnie się dziwiła, że zdecydowałam się na taki krok, jednak do wszystkich przemawiało tłumaczenie, że mając do wyboru, życie bez nogi, a z protezą versus kwatera na cmentarzu, bo kolejnego ataku mogłam nie przeżyć, to chyba wybór staje się prosty.
Operacja miała miejsce 6 listopada. Nie twierdzę, że nie bolało, bo byłoby to kłamstwo grubymi nićmi szyte. Miałam za to czas na poszukanie informacji maści wszelakiej odnośnie amputacji i rzeczy z nią związanych. Konkluzja jest jednoznaczna – informacje szczątkowe, jedna fundacja, która pomaga osobom po amputacjach, praktycznie zero wsparcia dla takich osób – przy około 15 tysiącach amputacji rocznie w skali kraju??!! Żarty jakieś.
W szpitalu poznałam pana, któremu też amputowano nogę, śmiało mogę powiedzieć, że gdyby nie ja i moje podejście do całej sprawy, i nasze rozmowy, ten człowiek by się załamał do reszty i nigdy nie pogodził z tym, że stracił nogę i musi z tym funkcjonować.
Straciłam nogę, razem z nią osoby, które nie potrafiły się z tym pogodzić, ale odzyskałam zdrowie i szanse na długie życie, zyskałam przyjaciół, którzy mnie wspierają, a przy okazji poszukiwań narodził się „PROJEKT AMPUTACJA” – wiedzy i pomocy osobom w podobnej do mojej sytuacji. Dzięki pani Małgosi z Fundacji Strefa Kobiet zyskałam impuls do działania i wyrwałam się z zastoju, w którym tkwiłam od jakiegoś czasu. Wkrótce… ciąg dalszy 🙂

Pani A., dziękuję za dobre słowa – nigdy ich dość, bo uzupełnianie energii w zawodzie „pomagaczki”, rzeczą niezbędną dla zdrowia jest! Do kontaktów następnych i spełniania się Pani wielu marzeń 🙂

6.10.2015 Po spotkaniu z Dorotą Smoleń

Po warsztacie KOBIETY MAJĄ GŁOS i po spektaklu PROJEKT MATKA wieczorem, w ubiegłą sobotę, wzięłyśmy udział w spotkaniu z p. Dorotą Smoleń, redaktorką, felietonistką, dziennikarką, recenzentką i blogerką, która prowadzi blogi od-rana-do-wieczora.blog.pl, czytam-dzieciom.blogspot.com, współtworzy dwiechochelki.pl, koordynuje akcję charytatywną „Macierzyństwo bez lukru”. Jest autorką książek „Mamo dasz radę!” i „Jaś Pierwszoklasista i Połykacz Liter”, z psychologiem Karoliną Piękoś napisała poradnik „Sześciolatki w szkole”. Spotkanie odbyło się w Teatrze Kana w ramach kolejnej odsłony Projektu MATECZNIK i miało wiele mówiący tytuł: Macierzyństwo bez lukru i szminki.

Nie żałuję lat spędzonych z dziećmi w domu, ale też nie nazwę tego czasu sielanką czy celebrowaniem macierzyństwa. W moim przypadku było to raczej miotanie się między zajmowaniem się dziećmi, a wielką potrzebą samorealizacji, nieustanne wyszarpywanie czasu dla siebie i swoich pasji, żeby mieć poczucie, że nie jestem tylko maszyną do sprawnego prowadzenia domu.  (fragment „Mamo, dasz radę! Macierzyństwo od A do Z”, s. 48).

Przeczytajcie książkę, bo warto. Podarujcie ją innym kobietom, żeby zrozumiały, że macierzyństwo, oprócz pięknych chwil, składa się też z wielu wyzwań, przynosi rozczarowania, stawia duże wymagania i że jest to całkowicie normalne. Podzielcie się nią z mężczyznami – oni również powinni poznać prawdziwą twarz macierzyństwa. A może przy okazji Wasi partnerzy czy dorośli już synowie podzielą się z Wami swoimi refleksjami na temat własnych dylematów o tacierzyństwie. Wychowanie to wspólne wyzwania i obowiązki! Dialog i wzajemne wsparcie są bardzo ważne!

Ciekawej lektury książek i blogów!

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

 

6.10.2015 …bo Kobiety są świadome swoich głosów i umieją ich używać!

Za nami kolejne warsztaty, tym razem antyprzemocowe wobec kobiet, w ramach Projektu MATECZNIK Teatru Kana: „KOBIETY MAJĄ GŁOS!”

Ubiegła sobota i niedziela pełne były refleksji nad własnymi tożsamościami, obfitowały w próby znalezienia odpowiedzi na pytania o drogi, które już udało się pokonać, ale też w uświadomienie sobie celów, które są ważne, wyzwań, które czekają. Przyglądałyśmy się własnym ograniczeniom, rolom przyjmowanych w życiu, uwierającym stereotypom i  skostniałym schematom. To był dobry czas na doświadczanie, odgrywanie ról, refleksje, przeżywanie, ruch, dobrą zabawę i dyskusje, a wszystko to w bezpiecznej, niecodziennej przestrzeni.

Dziękujemy za bardzo zaangażowaną obecność i wytworzenie przyjaznej atmosfery: Basi, Bibi, Donacie, Iwonce, Joasi, Joli, Karoli, Małgosi, Natalii i Pauli.

Bibi – wielkie dzięki za zaproszenie do MATECZNIKA.

Teatrowi Kana dziękujemy za – jak zwykle – przyjazną gościnę i niezwykły klimat – lubimy tu wracać!

 

01.10.2015 Warsztaty wychowawcze dla rodziców nastolatków za nami

Za nami dwa spotkania w ramach Warsztatów wychowawczych dla rodziców nastolatków. Minęło kilka dni i mogę już teraz z dystansu stwierdzić, że były dla mnie wyjątkowe. Przede wszystkim ze względu na osoby, które wzięły w nich udział, osoby bardzo świadome tego po co się przyszły, świadome swoich potrzeb w zakresie spraw poruszanych na warsztacie, ale co nie mniej ważne, świadome siebie. I tu dziękuję za obecność, wartościowe  refleksje i ogromne pokłady empatii: Agnieszce, Ani, Beacie, Emilii, Iwonie, Iwonie, Małgosi, Martynie, Natalii i Renacie. Dobrze jest pracować w dialogu. Dobrze jest wymieniać konstruktywne uwagi. Dobrze też słuchać o prawdziwych emocjach.

Jak się okazało nie jest tak źle z odpowiedzią na pytanie: jaki jest mój syn/córka? Nawet minusy nie zawsze okazywały się ocenami negatywnymi, a raczej sprawami trudnymi do rozwiązania czy konfliktogennymi.

IMG_6454 (533x800) (533x800)

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Dobry kontakt z dorastającym dzieckiem jest bardzo ważny dla obydwu stron, tak więc warto pamiętać o zasadach dobrej komunikacji:
1. Słuchaj, kiedy twoje nastoletnie dziecko jest w nastroju do mówienia, a nie zmuszaj go, żeby się przed tobą otworzyło. „Najpierw staraj się zrozumieć, a potem być zrozumianym” (Sean Covey).
2. Trzymaj się zasady 10 słów lub mniej. Nie praw kazań, powiedz to, co masz powiedzieć w maksimum 10 słowach – przy słowie 11. twój nastolatek i tak wyłącza fonię.
3. Słuchaj aktywnie, zachęcaj swojego nastolatka do wyrażania swoich opinii i uczuć (dajesz mu w ten sposób poczucie zrozumienia).
4. Uczciwie daj wyraz swoim uczuciom, posługując się słownictwem, które przekazuje sedno sprawy i nie rani przy tym nastolatka

 

Jasny przekaz daje wiersz Dorothy I. Nolte, o którym wspominałam na warsztacie (przypominam, zgodnie z obietnicą:

Dorothy I. Nolte pt. „Dzieci”

Dzieci wciąż krytykowane
uczą się potępiać.
Dzieci wychowywane w atmosferze wrogości
uczą się walczyć
Dzieci wzrastające w strachu
uczą się bać.
Dzieci, które spotykają się wciąż z politowaniem
uczą się użalać nad sobą.
Dzieci ciągle ośmieszane
uczą się nieśmiałości.
Dzieci wzrastające pośród zazdrości
uczą się, czym jest zawiść.
Dzieci bezustannie zawstydzane
uczą się poczucia winy.
Dzieci otoczone tolerancją
uczą się cierpliwości.
Dzieci otrzymujące dość zachęty
uczą się śmiałości.
Dzieci, którym nie szczędzi się pochwał,
uczą się uznawać swą wartość.
Dzieci w pełni aprobowane
uczą się lubić samych siebie.
Dzieci akceptowane
uczą się odnajdywać w świecie miłość.
Dzieci, które często słyszą słowa uznania,
uczą się stawiać sobie cele.
Dzieci wzrastające w atmosferze wspólnoty
uczą się hojności.
Dzieci otoczone rzetelnością i uczciwością
uczą się, czym jest prawda i sprawiedliwość.
Dzieci wychowywane w poczuciu bezpieczeństwa
uczą się ufać sobie i innym.
Dzieci dorastające w klimacie przyjaźni
uczą się, jak wspaniale jest żyć.
Dzieci otoczone łagodnością
uczą się spokoju ducha.
Czym żyją Twoje dzieci?

Opierając się na silnych podstawach (część czerwona poniższego zapisu) można efektywnie pracować nad wszelkimi niedociągnięciami, po to by poprawiać relacje. Na to nigdy nie jest za późno!

IMG_6510 (584x800) (4)

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Dobrze jest rozumieć swoje emocje, funkcjonować bez oskarżania i biczowania się, a za to w zrozumieniu i gotowości do dialogu dialogu.

Powodzenia, drogie Panie! Dbajcie o siebie, bo to też niezmiernie ważne.

Już niedługo porozmawiamy o konfliktach, karaniu i jego konsekwencjach.

Do zobaczenia! 🙂

CODZIENNIE KROK DO PRZODU – NATALIA, o zdrowieniu, zwalnianiu i stawaniu się dla siebie coraz ważniejszą osobą!

 

codziennie

W ramach autorskiego projektu CODZIENNIE KROK DO PRZODU zamieszczamy opowieści zwykłych-niezwykłych kobiet, które poznałyśmy w naszej fundacji lub które przewinęły się przez nasze życia przy okazji różnych naszych działań, wyjazdów, wydarzeń. Zaprosiłyśmy je do tego, żeby podzieliły się z innymi swoimi doświadczeniami, żeby opowiedziały o tym, jak udało im się podnieść po różnych życiowych zawirowaniach i nie tylko wstać, ale CODZIENNIE stawiać chociażby ten jeden KROK DO PRZODU! To kobiety, które uwierzyły, że warto się starać i żyć jak najpełniej się tylko da. Kobiety w różnym wieku, z różnych miejsc, z różnym wykształceniem, pochodzeniem, zasobnością portfela – prawdziwa przebogata mozaika!

 

 

Natalię* znamy od kilku lat. Wrażliwa, miła i bardzo ciepła osoba. Pierwsze kontakty przebiegały w sporym rozchwianiu emocjonalnym z jej strony, ale mimo tego zawsze miała w zapasie dużo pogody ducha i życzliwości dla ludzi. Pojawiła się u nas z niewesołą perspektywą swojego dalszego osobistego życia. Dziś ma już wiele zmian za sobą, a wiemy, że chciałaby znacznie więcej i temu dopingujemy.

Natalia jest przykładem dojrzałej kobiety, która doskonale zna swoją wartość, nie zapomina o tym, czego dokonała, co osiągnęła, szczególnie zawodowo, i dzięki temu nie ma w niej zgody na tkwienie w układzie bez perspektyw, na życie w odrętwieniu, na odmawianie sobie zaspokajania własnych potrzeb. Chce się spełniać na każdym polu, a że nie wszystko tu i teraz jest zależne od niej, dokonuje zmian i ulepsza swoje życie tam gdzie tylko może.

Niepotrzebna nam była rozmowa face to face, wiedziałam, że Natalia sama doskonale da sobie radę z naszą propozycją i tak też się stało.

Przeczytajcie, co ma Natalia ma Wam do przekazania.

***

Witam wszystkie Czytelniczki i wszystkich Czytelników.

Kiedy Małgosia zaproponowała mi udział w projekcie, moją pierwszą myślą było – super, fajnie, opowiem o sobie bo fajna jestem i niech się pochwalę.

Potem przyszła refleksja numer dwa – no niby taka jestem fajna, to niby co mam o sobie napisać?… Że pochwalić się? Niby czym?… Właściwie to raczej przeciętna jestem taka, nie jakaś bojowniczka ani za, ani przeciw, przeciwności losu mnie nie zjadają (odpukać) i walczyć z nimi nie muszę, nie tworzę jakichś ambitnych projektów, nie udzielam się bardzo… O czym więc pisać?…

A, pal licho, miało być o mnie to będzie o mnie. I o codziennym kroku do przodu.
Ważne jest to „do przodu”. Bo jak jest przód, to znaczy, że jakiś kierunek jest i wtedy można dokądś podążać. Albo nie podążać, jak się nie chce lub nie może. Ale jak kierunku nie ma, to „krok po kroku” można iść donikąd…

Bo ja tak sobie długo szłam przez życie bez świadomości podążania dokądkolwiek. Życie mnie pchało trochę tu, trochę tam. Szkoły, studia, małżeństwo, dziecko, praca, kariera… wszystko się w odpowiedniej porze pojawiało i jakoś tam się działo. Nawet jeśli czasem wydawało mi się, że niekoniecznie właśnie tego chcę, to jakoś nie miałam chwili na to, aby się zatrzymać, zastanowić, pomyśleć – czy to na pewno mój kierunek jest? Czy to właśnie mój „przód”? Wszystko szło szybko i samo się działo, jedne obowiązki goniły następne, potrzeby rosły, możliwości również, tylko czasu na korzystanie z tych możliwości było jakby coraz mniej. I świadomości coraz mniej. I ciekawości, i radości też coraz mniej.
I tak się doprowadziłam do stanu typowego „praca – dom – spanie – praca – jedzenie – dom – spanie – praca – dom – praca – …” Jak chomiczek w kołowrotku.

Trochę nawet próbowałam robić rzeczy „dla siebie”, ale nawet jak znajdowałam czas na przyjemność, to uparty mózg cały czas gdzieś tam w tle i tak przetwarzał – co, kiedy, gdzie i w jakiej kolejności jeszcze mam zrobić. Czytam sobie książkę (no przecież przyjemność sobie zrobiłam, czyż nie?), ale w głowie nieustanne: „jeszcze przygotować coś tam na sobotę”, „ten raport w pracy to pamiętaj że jeszcze trzeba dopracować”, „nie zapomnij że…”, „ile tam ludzi ma być – chyba ze dwadzieścia?”…
I tak rok po roku. Zmęczenie straszne. I smutno coraz bardziej. I samotnie. No ale przecież „nic złego się nie dzieje” i „no czego ty wymyślasz, dziewczyno?, przecież wszystko gra” – sama tak do siebie mówiłam i sama sobie wmawiałam, że jest dobrze. Przecież rodzinę mam, nikt nie choruje, z pieniędzmi dajemy radę, jest co jeść i gdzie mieszkać, dziecko jakoś się uczy i nie wagaruje, no to – o co kaman?…

W końcu organizm powiedział – dość. Skoro sama nie widziałam, że jest źle, to moje ciało zaczęło mi to wyraźnie dawać do zrozumienia (bo nasze ciała całkiem mądre są – teraz to wiem). Zaczęło boleć. To było ze cztery lata temu.
Chodzenie po lekarzach w poszukiwaniu diagnozy dało tylko jedno – wszystkie badania mówiły, że jestem zdrowa 🙂 . A ból był już taki, że w nocy spać nie mogłam, a nawet jak zasnęłam, to się budziłam przy byle ruchu. Ale zdrowa jestem przecież…

No to jak nie lekarze, to ja sama muszę pomyśleć. I zaczęłam myśleć. W końcu zaczęłam myśleć. O sobie. I o tym, czego może MI potrzeba… Nie mojej mamie, nie dziecku, nie mężowi, nie szefowi, nie koleżance, tylko MI. I wiecie – okazało się, że ja też potrzebuję różnych rzeczy. Jeszcze nie do końca i nie zawsze wiem, jakich. I jeszcze nie do końca wiem, jak je sobie dać…
Ale przynajmniej mam już kierunek – poznać siebie. Poznać siebie bardziej. I poznać świat i jego możliwości. Bo świat ciekawy bardzo jest. I ja też jestem ciekawa. Jestem ciekawa świata i ja jako osoba jestem ciekawa dla świata. Bo fajna jestem 🙂 .

Nadal dużo pracuję, nadal mam dużo obowiązków i właściwie jakby spojrzeć obiektywnie, to tak za dużo to się nie zmieniło. Tylko ja się zmieniłam bardzo i moje podejście do siebie samej i do świata naokoło. Jestem ważna i mam prawo chcieć albo nie chcieć, zgadzać się albo odmawiać. To takie proste, a takie trudne…
Znów mnie wiele rzeczy cieszy. Znów zaczęłam zauważać te rzeczy, które mnie cieszą i dałam im na to szansę. Zauważam siebie samą i widzę, kiedy mam już dość. Uczę się wyciszać, zwalniać, dostrzegać… Te ostatnie parę lat (tak, tak, to nie przychodzi samo ani szybko) dużo pracowałam nad sobą i swoim podejściem do życia, do świata, do siebie i do innych. Teraz się sobie podobam.
Ciało jeszcze czasem boli, ale coraz rzadziej i znacznie, znacznie mniej. Ani w spaniu mi nie przeszkadza, ani żadnych leków nie biorę. Próbuję różnych nowych rzeczy, czytam o wielu fajnych rzeczach, zauważam nowe obszary, które dotychczas albo pomijałam (bo brak czasu) albo lekceważyłam (bo to głupoty jakieś), nowych ludzi spotykam. Ciekawych.
Jeszcze czasem bywają gorsze dni, no ale bez nich nie odczuwałabym przecież tych lepszych. Jeszcze nie wszystko ułożyłam sobie tak, jak bym chciała, ale dzięki temu mam na co czekać i co planować. Jeszcze wiele mam spraw, które czekają na przemyślenie i czasem – podjęcie decyzji. Ale to powoli… Codziennie krok po kroku… Do przodu 🙂 .

PS. Jak widać, teraz popadłam w drugą skrajność – nieuleczalny optymizm 🙂 . Może z czasem trochę mi przejdzie, ale na razie podoba mi się tak, jak jest.

*Natalia – na życzenie osoby piszącej powyższe jej imię zostało zmienione.

30.09.2015 O kobietach samotnych i smutnych, choć z pozoru…

Za każdym razem, gdy przygotowuję materiał na nowy warsztat, którego przesłaniem przewodnim ma być przeciwdziałanie przemocy wobec kobiet, stają mi przed oczami te wszystkie zalęknione, zmęczone czy sfrustrowane kobiety, które pojawiają się w naszej fundacji. Przypominam sobie ich słowa, opowieści… Ale najbardziej wbijają mi się w pamięć ich twarze – te pamiętam dokładnie, nawet jeżeli imiona ulatują z pamięci.

Zaczyna się tak samo: dzwoni telefon, odzywa się kobiecy głos, niepewny, nieufny, ale wreszcie przekonany, że chce przemówić. Rozmawiamy przez chwilę, umawiamy się na spotkanie w fundacji… Domofon, wreszcie się widzimy… W drzwiach pojawia się zwyczajna osoba, jedna z wielu takich, jakie pracują w naszych urzędach, rozliczają nasze podatki, prowadzą swoje drobne biznesy, odprowadzają dzieci do szkoły, spacerują z rodzinami po Jasnych Błonach. Zadbana, miła, jeszcze niepewnie uśmiechnięta… Zasiadamy w zaciszu przy aromatycznej kawie i zaczynamy rozmowę.

To jest tak, że zazwyczaj nie widać śladów po razach na twarzy, sińców na ciele… Najczęściej zresztą w ogóle ich nie ma. Tych fizycznych. Bo tych psychicznych jest już tak wiele, że przestają mieścić się w umyśle: nieustannie dźwięczą słowa, obrazy, cierpnie skóra od wiecznego upokarzania, niemoc życia w zależności zabiera radość zwyczajnego funkcjonowania… Do tego dochodzi złość na samą siebie za dawne wybory, za godzenie się na takie życie, za bierność. I wyrzuty sumienia za to, że dzieci wysłuchują regularnie, są świadkami, rozjemcami nierzadko, za to że współcierpią, izolują się z czasem, zamykają w sobie, przestają szanować. Jednak za każdym razem, jak mantra, pojawiają się myśli, że przecież nie jest tak najgorzej, mamy dom, dwa samochody, jest co jeść, mamy się w co ubrać. On przecież daje pieniądze. Że wylicz i rozlicza? Przecież to on nas utrzymuje, więc to normalne, że chce wiedzieć na co i ile, i czy jest konieczność, to nic złego. Nieraz krzyczy? Bo ma ciężkie chwile w firmie, jest zmęczony? Żąda ciszy i niezawracania mu głowy pierdołami? A co w tym dziwnego? Zajmę się wszystkim, ogarnę wywiadówki dzieciaków, pozałatwiam sprawy. On nie musi nawet wiedzieć. Przecież to takie drobne wyskoki córki, nastolatka, wiadomo. A syn? Nic się nie stało, odzywa się tak do mnie od jakiegoś czasu, ale to dobry chłopak, jest przemęczony, w tych szkołach tyle teraz zadają, poza tym jest dyslektykiem, dojrzewa, nie jest mu łatwo, wiadomo.

A seks? Kto ma o tym czas myśleć? W tym zabieganiu, w natłoku obowiązków. On późno wraca, coś zjada, odpoczywa przy komputerze, relaksuje się, wie pani. Poza tym jest bardzo nerwowy, drażliwy, wypija drinka czy dwa na uspokojenie i zasypia w fotelu, zmęczony, wiadomo. Nieraz jak jest w dobrym humorze, jak w firmie, wie pani, jakiś kontrakt, umowa, sukces… – coś dobrego, jak się zdarza (ja dokładnie nie wiem, bo mi nie mówi, bo i tak bym nie zrozumiała, więc już teraz nawet nie pytam), to wtedy, tak śpimy w jednym łóżku i jest seks… ale to trochę inaczej, niż kiedyś: szybko, w pośpiechu, nieraz trochę… brutalnie z jego strony, ale tylko nieraz, to może dlatego, że tak rzadko i wie pani, facet to inaczej, jak mu się nazbiera, to i się wyżyć musi… No, nie wiem. Szkoda, że już nie tak jak kiedyś.

Właściwie to nie znam jego znajomych. Na biznesowe spotkania chodzi beze mnie, bo mówi, że to nie dla moich uszu, bym się zanudziła. Nieraz z delegacji przywozi mi magnes na lodówkę, ładny zazwyczaj, taki jakiego jeszcze nie mam, bo wie pani, zbieram magnesy.

Nie, nie, za bardzo razem nie wyjeżdżamy, na święta tylko, do rodziców. Mamy dom, rośliny, psy i kota – trzeba pilnować tego, dbać, wie pani, ktoś musi, wszyscy zajęci, szkoła, praca.

Nieraz mi żal, bo zaczęłam doktorat… ale to już tak dawno było. Ale to chyba nawet słuszne było, że zostawiłam, bo co by z tego za pieniądze były. Mąż od razu się wstrzelił w dobrą firmę, wspinał, awansował, to wiadomo, że jemu kolejne szkoły bardziej się przydawały. Ja czekałam aż będzie dla mnie czas i tak z roku na rok, ciągle czegoś trzeba było pilnować… Mąż mi mówił, że to moje prawo sprzed kilkunastu lat, to ja mogę sobie teraz w buty wsadzić. No i chyba już wsadziłam. Trochę szkoda, ale teraz nie czas o tym myśleć – trzeba dzieciaki edukować, bo przed nimi życie.

Takie życie zwyczajne mam, jak innych pewnie. Nie wiem, bo nie mam tu znajomych. Zostałam tu po studiach i tak jakoś wciąż nie było czasu na poznawanie ludzi.

O czym marzę? Nie wiem, nie myślałam o tym… Żeby dzieciakom się udawało. Dla siebie o czym marzę? No, nie wiem… Pomyślę, ale nie wiem teraz.

To fikcyjny monolog oczywiście, bardziej studium wielu przypadków, niż jedna osoba, ale wszystko rzeczywiste i niestety często powtarzalne. Tzw. zwykłe kobiety, z pozoru zadowolone, spełnione, a w rzeczywistości uzależnione, uwikłane, pogubione, bez perspektyw, bez własnych wyzwań i celów, coraz bardziej w środku puste, smutne i zrezygnowane, nieszanujące siebie, pozwalające na brak szacunku ze strony otoczenia.

No nic, wracam do pracy nad warsztatem. Taka refleksja była mi widocznie teraz właśnie potrzebna. Dopracuję weekendowy warsztat dla kobiet, a potem pobiegnę na zajęcia z kobietami, tymi z pozoru zadowolonymi z tego, co mają, a w środku zalęknionymi, bojącymi się odebrać dzwoniący od niego telefon, dzielącymi się z innymi kobietami w kręgu kolejnymi trudnymi opowieściami, cytującymi kolejne obelżywe określenia pod swoim adresem i zadającymi to samo od dawna pytanie: to co ja mam zrobić? przecież on w sumie nie jest taki zły!

Warsztat KOBIETY MAJĄ GŁOS! w Teatrze Kana!

Przed nami kolejna odsłona PROJEKTU MATECZNIK – cyklu spotkań z wybitnymi autorytetami, promocji książek, prezentacji spektaklu „Projekt: Matka” oraz warsztatów twórcze, związanych z szeroko rozumianym tematem współczesnego macierzyństwa.

 

Zapraszamy więc za tydzień, 2-4 października, do Teatru Kana w Szczecinie:

  • 2 i 3 października: spektakl PROJEKT – MATKA, szczegóły TU
  • 3 października: MACIERZYŃSTWO BEZ LUKRU I SZMINKI – spotkanie z Dorotą Smoleń i promocja książki „Mamo, dasz radę! Macierzyństwo od A do Z”, szczegóły TU
  • 3 i 4 października: KOBIETY MAJĄ GŁOS! – warsztat – Fundacja Strefa Kobiet

***

SZCZEGÓŁY DOTYCZĄCE AUTORSKIEGO WARSZTATU DRAMOWEGO FUNDACJI STREFA KOBIET

„KOBIETY MAJĄ GŁOS!”

w dniach 3 i 4 października (sobota i niedziela),

w godzinach 11.00-14.00

zapraszamy do Teatru Kana w Szczecinie

Od dzieciństwa wbijana w utarte schematy, przygotowywana do ról z góry ustalonych, odgrywanych od pokoleń, bezdyskusyjnych, wiadomych… – KOBIETA-MATKA. Hasłowo zdefiniowana wydaje się nie mieć żadnych potrzeb, pokus, refleksji, dylematów, a gdy te pojawiają się jednak w jej głowie sama karci się za nie, ucisza je, gasi w zarodku, zadziwia się, że w ogóle istnieją, oskarża, zadręcza samą siebie, czuje się odmienna, a czasem po prostu zła. I tak rodzą się pytania: Kim i po co jestem? Na co się godzę? Jak chcę by wyglądało moje dalsze życie? Jakie mam potrzeby? Skąd mam brać siły do zmagania się z codziennością? I… kiedy znajdzie się wreszcie czas na dla mnie?

O tożsamości, o dylematach, o potrzebach spełniania się, o przełamywaniu stereotypów, o rolach i schematach – o tym wszystkim na aktywnym warsztacie pełnym ćwiczeń, dramy, naszych refleksji i dyskusji. We własnym kobiecym bezpiecznym gronie! Bez nadęcia, za to z uwagą dla swoich potrzeb i szacunkiem dla innych. W celu wzmocnienia poczucia własnej wartości, odczarowania samoograniczeń, przypomnienia sobie o sile własnych marzeń, o byciu po prostu sobą…

Warsztat poprowadzi:
MAŁGORZATA MROZIK – kobieta, matka dorosłego młodego człowieka, terapeutka, pedagożka i socjolożka, mentorka dorosłych i młodzieży, certyfikowana trenerka biznesu i antydyskryminacyjna, prezeska Fundacji Strefa Kobiet (www.strefakobiet.org) – szczecińskiego miejsca dedykowanego kobietom, ich rozwojowi, wzmacnianiu ich samoświadomości, obronie przed przemocą, ochronie prawnej, ale też miejsca do nauki, wspólnego doświadczania i zabawy; trenerka umiejętności psychospołecznych z wieloletnim doświadczeniem, ale przede wszystkim miłośniczka zmian i rozwoju, wciąż uczy siebie i innych, zaszczepia w ludziach wiarę w siebie i miłość do samodoskonalenia się przez całe życie, stawia na ciekawych ludzi, ciekawe miejsca i ciekawe sytuacje, wierzy, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że zmiany są możliwe (te w nas przede wszystkim!) i że warto wykorzystywać nadarzające się okazje.

Zobaczcie na zachętę zdjęcie z poprzedniego naszego warsztatu w ramach Matecznika. Więcej: http://www.strefakobiet.org/matka-kobieta-czlowiek/

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

 

Źródło informacji o wydarzeniach: http://www.kana.art.pl/program_2015_10.html

Czekamy na Was, zapraszamy!

Miejsce warsztatu: Teatr Kana, Plac św. Piotra i Pawła 4/5, Szczecin
Kwota za 2 dni warsztatowe: 30 złotych

Zgłoszenia: paula@kana.art.pl lub info@strefakobiet.org, tel. 506 074 740 lub za pomocą poniższego formularza

 

[contact-form-7 id=”11028″ title=”Warsztat KOBIETY MAJĄ GŁOS!”]

 

24.09.2015 Po warsztatach pozytywnego myślenia

Fotografia Fundacja Strefa Kobiet (3)

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Kolejny warsztat zakończony! Nie ma śladu po uporządkowanych przed spotkaniem materiałach: wszystkie rozdane, wypełnione, omówione.

Za każdym razem, gdy kolejna grupa wychodzi po swoim warsztacie, zostaję na chwilę w sali, żeby pobyć w pustej przestrzeni, w ciszy. Nie porządkuję wtedy wnętrza, nie ustawiam krzeseł, nie składam materiałów – tak jakbym chciała zostać dokładnie w tej atmosferze, jaką wytworzyły obecne tu jeszcze chwilę temu osoby. To dobry czas, czas na złapanie oddechu po warsztatowych emocjach i powolnego powrotu do swojego prywatnego zakątka. Chwila na oczyszczenie głowy, ale też na dokładne zapakowanie na przyszłość poczucia dobrze wykonanej pracy, poczucia satysfakcji i ogólnego zadowolenia. Na analizę szczegółów i poprawianie tego, co mogło być lepsze, przyjdzie czas, gdy umysł odpocznie i będzie zdolny do racjonalnego przetwarzania.

Dzisiejszy warsztat, zakończony znacznie po czasie, a przegadany z ostatnimi wychodzącymi jeszcze dłużej, był dla mnie jakoś wyjątkowo ważny. To oczywiście zasługa osób, które zapełniły salę, ich pracy, zaangażowania, okazywanych przez nich emocji, wypowiadanych komentarzy i uwag. Bardzo wartościowy dla mnie czas! Zaczerpnęłam ponownie mnóstwo dobrego dla siebie i dla swojego warsztatu pracy.

Dziękuję za ten wieczór: Agnieszce, Agnieszce, Aldonie, Anett, Basi, Dominice, Donacie, Ewie, Joannie, Kasi, Kasi, Małgosi i Oli. To była wielka przyjemność dzielenia się z Wami i przyjmowania od Was.

Fotografia Fundacja Strefa Kobiet (4)

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Wielobarwnego myślenia można się nauczyć, akceptując pojawiające się, co jakiś czas ciemne barwy, ale robiąc też coraz więcej miejsca w swoim umyśle na wszystkie pozostałe. To wymaga czasu i pilnowania tego, by nie wracać do starych, szkodliwych nawyków. Dość mozolne, ale w efekcie polepsza życie, więc warto.

Wykonaniem kroku milowego jest uświadomienie sobie, co w Tobie nie działa. Dokonałaś rozpoznania, postawiłaś diagnozę! Teraz już możesz podjąć „leczenie”.

Możesz też nie robić nic, nie zmieniać, nie wzmacniać się, nie polepszać. To Twój wybór. Pomyśl tylko, jaką chciałabyś być osobą za 10 lat, jak chcesz wtedy funkcjonować, jak wyglądać, kim być, … ? Pomyśl też, czy postępując tak jak do tej pory, myśląc jak teraz o sobie myślisz, tkwiąc w tym w czym teraz tkwisz, będziesz w stanie być za jakiś czas tą wyobrażaną sobie osobą. Czy warto pozbawiać się zadowolenia z życia i korzystania z niego w pełni? Wysiłek się opłaci! Spróbuj! Powodzenia w doświadczaniu! 🙂

 

Girl on Bike – projekt Katarzyny Zwolak!

fot. Beata Lechowicz

fot. Beata Lechowicz

Kasia Zwolak, nasza znajoma, przemiła osoba, otwarta na zmiany i zdeterminowana w swoich postanowieniach. Powiecie: przesłodzona laurka! Nic z tego!

Poznałam Kasię kilka lat temu na jednym z najważniejszych w moim dotychczasowym życiu cyklu warsztatów antydyskryminacyjnych w ramach projektu „Nikt nie rodzi się z uprzedzeniami” (Fundacja Autonomia i Stowarzyszenie Kobiet Konsola). Cecha charakterystyczna Kasi: ujmujący uśmiech (i tak jej zostało do dziś 😉 ).

Po kilku latach było kolejne nasze wspólne doświadczanie, tym razem na szkoleniach Kongresu Kobiet, gdzie Kasia bardzo aktywnie działała.

***

kasia3

Teraz Kasia podjęła się nowego wyzwania i to jakiego! Wystartowała z Warszawy na swoim rowerze i wciąż jedzie, bo to daleka podróż, do Stambułu! Kasia chce doświadczać kontaktów z ludźmi, spisywać ich historie, po to by napisać książkę. Jak mówi, interesuje ją historia pojedynczego człowieka, bo wierzy, że każdy z nas ją ma.

Kasia na bieżąco zapisuje wszystko, co dotyczy podróży, kontaktów z ludźmi, uwiecznia ich na zdjęciach i przekazuje nam wszystkim. TU możecie współuczestniczyć w jej przeżyciach i przygodach:

https://www.facebook.com/GoGirlOnBike?pnref=lhc

http://girlonbike.co/

kasia2

 

Trasa, którą Kasia pokona to: start z Warszawy przez Kraków – Wiedeń – Lublanę – Zagrzeb – Belgrad – Sarajewo – Tiranę – Ateny aż do Stambułu. Łącznie około 5 tysięcy kilometrów!

 

***

Piszemy o Kasi, żeby Wam pokazać, że można robić w życiu nietuzinkowe rzeczy, podejmować niecodzienne wyzwania, zmagać się ze sobą, sięgać po nowe, przy okazji cieszyć się tym jak dziecko, uczyć, smakować i doznawać, po prostu SPEŁNIAĆ SWOJE MARZENIA!

***

Więcej o tej wspaniałej, radosnej i upartej w realizacji swoich pomysłów Kobiecie i jej projekcie możecie przeczytać TU: https://polakpotrafi.pl/projekt/bike-stories i tu też możecie wspomóc drobną cegiełką całe przedsięwzięcie – bardzo warto!

***

Kasiu, bardzo Ci kibicujemy i trzymamy kciuki za sukces!

Jesteś wspaniałą osobą!

Dobrzej drogi i dobry, ciekawych ludzi na trasie!

*Zdjęcia zamieszczone za zgodą K. Zwolak

 

 

 

Krąg Kobiet – reaktywacja

Za nami pierwsze z cyklu spotkanie Kręgu Kobiet.

Ideą jest tworzenie przyjaznego środowiska skupiającego kobiety, miejsca, w którym kobiety w różnym wieku, z różnymi potrzebami i doświadczeniami będą mogły cyklicznie, raz w miesiącu, spotykać się, dyskutować przy kawie, dzielić się swoimi pomysłami, potrzebami, doświadczeniami czy umiejętnościami z innymi kobietami.

Chętne osoby zapraszamy do podejmowania wraz z nami drobnych działań na rzecz osób starszych, samotnych matek, dzieci z domów dziecka czy innych działań – wszystko zależy od naszych wspólnych pomysłów i chęci.

Spotkania w Kręgu Kobiet to ma być optymalny czas dla Was/nas!

Spotkania są nieodpłatne.

 

Zapraszamy na następne spotkania (w 2015r.: 19X, 16XI, 21XII; w 2016r.: 18I, 22II, 21III, 18IV, 16V). Możesz do nas dołączyć w każdej chwili. Zgłoś się telefonicznie lub mailowo, ponieważ mamy ograniczoną ilość miejsc.

 

Poniedziałkowe spotkanie przebiegało pod hasłem:

 Za chwilę jesień – zbieram, gromadzę, korzystam,

czyli jak zapewniać sobie wszystko, co dla mnie najlepsze? 

ZBIERAM: Zebrałyśmy wstępne informacje o sobie, o swoich zasobach, możliwościach i chęciach.

GROMADZĘ: Zgromadziłyśmy pomysły na najbliższy czas.

KORZYSTAM: Chcemy jak najwięcej zrobić dla siebie w najbliższym czasie, po to by się wzmacniać, uczyć i doświadczać, ale nie mniej ważne są dla nas też inne kobiety –  z nimi podzielimy się naszą wiedzą, czasem i umiejętnościami.

Alicjo, Basiu, Danko, Ewo, Iwonko, Asiu, Mario, Marto, Mileno, Moniko, Natalio, Zuzo – dzięki wielkie za obecność, poczucie humoru i pomysły! Karo – dodatkowo dzięki za zdjęcia.

Do następnego spotkania!

 

Jest moc, bo znamy nasze zasoby i umiemy określić cele, jakie chcemy realizować.

Strona 14 z 67

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén