Fundacja Strefa Kobiet

Tag: Fundacja Strefa Kobiet Strona 4 z 9

13.11.2015 Fotorelacja z wernisażu Mai Wolnej!

 

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

 

W piątek, dokładnie o godzinie 19.00, rozpoczął się wernisaż wystawy prac Mai Wolnej w Piwnicy Kany w Szczecinie. Artystka przyjechała na nasze zaproszenie. Wystawiła swoje prace (grafiki i kolaże) w ramach Projektu Matecznik oraz jako zapowiedź rozpoczynającej się za kilkanaście dni Kampanii 16 Dni Przeciwko Przemocy ze względu na Płeć.

Dziękujemy wszystkim, którzy byli z nami tego wieczoru. Innym, którym nie udało się dotrzeć w tym dniu i wszystkim zainteresowanym polecamy  wystawę – można ją oglądać do końca 2015.

Dziękujemy również Ośrodkowi Teatralnemu Kana i Piwnicy Kany za ogromną pomoc i współpracę!

Jednak szczególne podziękowania przekazujemy Mai Wolnej za stworzenie specjalnie na naszą wystawę tej pięknej kolekcji, za wieczorne dyskusje po wernisażu i niesamowicie pozytywny kontakt.

Prace wystawione są jednocześnie na sprzedaż (do odbioru po zakończeniu wystawy). W tym celu prosimy o kontakt z Małgorzatą Mrozik, tel. 506 074 740. Kilka z nich zostało już zarezerwowanych. Do kupienia również ostatnie egzemplarze plakatów Mai. Zachęcamy!

 

Krąg Kobiet – listopad 2015

Zapraszamy na kolejne spotkanie

Kręgu Kobiet

Ideą Kręgu Kobiet jest tworzenie przyjaznego środowiska skupiającego kobiety, miejsca, w którym kobiety w różnym wieku, z różnymi potrzebami i doświadczeniami będą mogły cyklicznie, raz w miesiącu, spotykać się, dyskutować przy kawie, dzielić się swoimi pomysłami, potrzebami, doświadczeniami czy umiejętnościami z innymi kobietami.

To ma być dobry czas dla Was!

Zapraszamy! Spotkania są nieodpłatne.

Tym razem spotkanie pod hasłem:

Symfonia na dwa druty i różnokolorowe kłębki, czyli listopadowe dzianinospotkanie w Kręgu Kobiet.

16 listopada (poniedziałek),

godz. 18.00-20.00, w naszej siedzibie.

Zabierz ze sobą druty, szydełka i wełny różne lub skorzystaj z naszych. Będziemy uczyły się od siebie ściegów prostych i tych bardziej zaawansowanych, ale przede wszystkim rozmawiały ze sobą i przyjemnie spędzały jesienny wieczór.

Nie zabraknie rozgrzewającej herbaty z imbirem, świec i przyjemnych aromatów.

Następne spotkania zaplanowałyśmy: w 2015r.: 21XII (Strefowa Wigilia); w 2016r.: 18I, 22II, 21III, 18IV, 16V.

UWAGA! Ze względu na ograniczoną ilość miejsc prosimy o wcześniejsze zgłoszenie się na adres: info@strefakobiet.org lub telefonicznie: 506 074 740 (Małgosia) lub formularzem zgłoszeniowym.

Krąg Kobiet

Imię i Nazwisko :*

5.11.2015 UWAŻNOŚĆ, czyli część 2 projektu „W podróży po nowe”

Niesamowicie szybko zleciał czas od pierwszego warsztatu TOŻSAMOŚĆ, z naszej siedmiomiesięcznej przygody „W podróży po nowe”. Wyruszyłyśmy razem w drogę niełatwą, bo dotyczącą własnych przemian. Ciekawe, różnorodne, mądre kilkanaście kobiet, każda z wizją własnego celu, ze swoimi potrzebami, obrazami przyszłości, z nadziejami na zmianę.

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Ważne było, żeby na starcie poddać refleksji kilka tematów:

KIM JESTEM?, JAKIE MAM ZASOBY?, NA JAKIM ETAPIE ŻYCIA AKTUALNIE SIĘ ZNAJDUJĘ?, PO CO WYRUSZAM W DROGĘ, CO CHCĘ ZMIENIĆ, CO OSIĄGNĄĆ?

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

JAKIE MOGĘ PO DRODZE NAPOTKAĆ ZAGROŻENIA?, CO MOŻE SPOWODOWAĆ, ŻE Z TEJ DROGI ODEJDĘ, WYCOFAM SIĘ, ZREZYGNUJĘ, POWRÓCĘ DO TEGO, CO MNIE UWIERA, ALE JEST ZNAJOME? CO BĘDĘ WTEDY CZUŁA, CZY PODEJMĘ WYZWANIE RAZ JESZCZE, CZY DAM SOBIE KOLEJNĄ SZANSĘ, CZY ODEJDĘ Z PRZEŚWIADCZENIEM, ŻE JAK ZWYKLE MI NIE WYSZŁO? SKĄD MAM BRAĆ SIŁY, ŻEBY NIE PODDAWAĆ SIĘ NIEPOWODZENIOM? GDZIE SZUKAĆ SPRZYMIERZEŃCÓW MOICH DZIAŁAŃ? JAK ROZPOZNAWAĆ WROGÓW?

 

 

 

 

Za kilkanaście godzin widzimy się na następnym etapie podróży – UWAŻNOŚĆ. To niesamowicie dla mnie ważny temat, ważna umiejętność, której szlifowania wciąż mam niedosyt. Ułatwia bardzo i uprzyjemnia życie i dlatego tym chętniej podzielę się z Wami na zajęciach moimi doświadczeniami.

Do zobaczenia!

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

Fot. Fundacja Strefa Kobiet

 

CODZIENNIE KROK DO PRZODU – AGATA, o lękach, szacunku do siebie i potrzebie bycia z innymi!

codziennieW ramach autorskiego projektu CODZIENNIE KROK DO PRZODU zamieszczamy opowieści zwykłych-niezwykłych kobiet, które poznałyśmy w naszej fundacji lub które przewinęły się przez nasze życia przy okazji różnych naszych działań, wyjazdów, wydarzeń. Zaprosiłyśmy je do tego, żeby podzieliły się z innymi swoimi doświadczeniami, żeby opowiedziały o tym, jak udało im się podnieść po różnych życiowych zawirowaniach i nie tylko wstać, ale CODZIENNIE stawiać chociażby ten jeden KROK DO PRZODU! To kobiety, które uwierzyły, że warto się starać i żyć jak najpełniej się tylko da. Kobiety w różnym wieku, z różnych miejsc, z różnym wykształceniem, pochodzeniem, zasobnością portfela – prawdziwa przebogata mozaika!

Agatę* poznałam kilka lat temu, pojawiła się po prostu na jednym z naszych wydarzeń, potem wzięłą udział w cyklu warsztatów. Bardzo pozytywna postać, skupiona, trafnie analizująca, z lekko sarkastycznym, ale uważnym na otoczenie, poczuciem humoru. Wydawała mi się poukładana wewnętrznie i bardzo silna, świadoma swoich deficytów i zasobów. To bardzo młoda osoba, chwilę po studiach, więc postanowiłam dać jej szansę i złożyłam niewielką ofertę współpracy. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że lęki przed wyzwaniem zablokowały ją na kilka miesięcy przed kontaktami ze mną. Zazwyczaj udaje mi się dość szybko odczytywać ludzi, w tym przypadku poniosłam klęskę. Jednak nauczyłam się nie odpuszczać wobec osób, które wydają mi się cenne i ważne i tylko dzięki temu poznałam drugą stronę Agaty, tę delikatną, nieco pokruszoną, chwilami mroczną, ale też walczącą i stawiającą na swoim.

Za zaproszenie do przedsionka swojego wnętrza bardzo Ci dziękuję, Agato! Podziwiam Cię za umiejętność dystansowania się do sytuacji i podnoszenie po upadkach!

Spisałam wiernie Agaty wypowiedź; nie chciała jej napisać sama. To też dla mnie wielka odpowiedzialność. Trochę to trwało, zanim poczułam, że dam sobie radę z zarysowaniem ludzkiego śladu na piasku, tak, żeby to był dalej ślad tego właśnie człowieka, na odpowiednim poziomie wyrazisty, ale też w odpowiednim zakresie rozmyty.

Agata o sobie:

Chcę opowiedzieć o tym, jak praca nad sobą jest ciężka i w sumie chyba nigdy niekończąca się. Jestem jeszcze młodą osobą, a pracuję nad sobą już od 6 lat. I wciąż huśtawka: raz małe zwycięstwo, a za chwilę spory kryzys i ciąg gorszych dni.

Wiem jakie mam w sobie zasoby i to powoduje, że za każdym razem się podnoszę. Na pewno jestem wytrwała, uważna i cierpliwa, uparta i odważna, a przede wszystkim szczera wobec siebie (co jest dla mnie szczególnie cenne).

Ale mam też w sobie trochę lenia, szczególnie jeżeli chodzi o dawanie ludziom tyle, ile by ode mnie chcieli. Jeżeli coś nie jest moją pasją, to nie widzę sensu, żeby wkładać w to dużo energii.

Mam świadomość, że jestem z pokolenia rozpieszczanych dzieci i uważam, że właśnie dlatego nie umiem radzić sobie z problemami. A czyjaś uwaga wyprowadza mnie wręcz z równowagi. Uczę się odpuszczać, bo to też antidotum na mój perfekcjonizm.

Nie pracuję teraz w wyuczonej przez siebie profesji. Postanowiłam trochę odejść, oddalić się, zdystansować od tego, co wydawało mi się kiedyś, że będzie dla mnie najlepsze. Zawód był ogromny i realiami w pracy, i sobą.

Teraz pracuję w grupie. Mówię o sobie, że jestem trybikiem w maszynie i jest mi z tym w miarę dobrze, głowa mi odpoczywa od poprzednich doświadczeń. Staram się wyłapać, jakie myśli pojawiają się we mnie na temat mojej zawodowej przyszłości i z tym wciąż jeszcze jest różnie. Ta praca na początku pobudziałą we mnie syndrom ofiary, ale z czasem zrozumiałam, że jak bardziej się postaram, zadbam o siebie, to ludzie mnie zaczynają doceniać, zauważają, chwalą, a to mi wychodzi na dobre, zwyczajnie się opłaca. Nie chcę uciekać tym razem, chcę o siebie zawalczyć.

Rok temu trafiłam do Anonimowych Żarłoków (AŻ). Dziewczyny z grupy dodają mi sił, a to mi pozwala na bycie szczerą wobec siebie – niezwykle ważne przy mojej przypadłości, przy moim nałogu! Mam ogromną potrzebę bycia w grupie wsparcia, posiadania takie stałego, bezpiecznego dla mnie miejsca. Brakuje mi ludzi, z którymi mogłabym pogadać na temat inny, niż mój własny rozwój, zmiany, praca nad sobą. Potrzebuję takich „zwykłych” tematów również. W tej grupie to mam!

Mam świadomość, że skrzywdziałam rodzinę swoim nałogiem, szczególnie jedną ważną dla mnie osobę. Niestety już jej nie ma wśród nas, a ja nie zdążyłam przeprosić jej za to, że odcięłam się i od niej, i od pozostałych bliskich. Mam z tym problem, bo nie mogę już nic zrobić. Może kiedyś sobie wybaczę…

Powoli stosunki z bliskimi poprawiają się. Szczególnie wzbiera we mnie radość, gdy obserwuję moją mamę: po życiu z przemocowym partnerem, odcięłą się i teraz naprawdę kwitnie. Jest mi tym lepiej, że odrobinę dała sobie pomóc w tej trudnej sytuacji, a tym bardziej, że tę pomoc przyjęła ode mnie.

Na wszystko potrzeba czasu – wiem to. Trudne i przykre doświadczenia bolą i często podcinają skrzydła – to też wiem. Ale wiem też, że ważne jest, żeby siebie szanować, pamiętać o swoich potrzebach i dbać o nie, troszczyć się o swoją kobiecość, celowo nie robićź sobie krzywdy. I zmieniać stare, ograniczające mechanizmy – tak to jest niezwykle ważne! Czas i cierpliwość i wiara, że się uda! No i ludzie, ci którzy chcą dla mnie dobrze, dbają o mnie, troszczą się, którym zależy! Już pamiętam, żeby też o nich dbać, nie odcinać się, próbować dogadywać, układać, tłumaczyć… ŻYĆ!

*Agata – na prośbę rozmówczyni jej imię zostało zmienione.

1.11.2015 po Światowym Dniu Spódnicy, czyli Strefa Kobiet w Fice.

30 października o 16.00, zgodnie z umową, spotkałyśmy się w Kluboksięgarni FIKA, na Wałach Chrobrego 3 w Szczecinie. Oczywiście w spódnicach 😉

Bardzo dziękujemy za gościnę cudownej gospodyni tego przyjaznego miejsca, fascynatce wartościowej literatury, Małgosi Narożnej. Obdarowałyśmy siebie kolejnymi kilkoma perełkami, książkami, w których każdy detal jest przemyślany i istotny. Jeszcze rezonuje poprzednio otrzymana – „Dwoje ludzi” Iwony Chmielewskiej (z niesamowicie ważnymi ilustracjami samej autorki), a już przeglądamy i wczytujemy się w „Skarpety i papiloty” Julii Holewińskiej, dramat dla dzieci, pięknie ilustrowany przez Roberta Romanowicza, „Lalę Lolka” Katarzyny Boguckiej oraz „Strażaczkę” Piotra Wawrzeniuka, ilustrowaną przez Dorotę Wojciechowską.

Żeby było ciekawiej i przyjemniej Dorotę spotkałyśmy w Fice, ha! taka miła niespodzianka! Dorota, mimo młodego wieku, jest już bardzo ważną osobą: pierwsza ilustrowana przez nią książka „Kosmonautka” dostała się na listę 200 najlepszych książek dla dzieci z całego świata. Lista ta jest co roku przygotowywana przez Internationale Jugendbibliothek w Monachium.

Tu więcej: http://dwojciechowska.blogspot.com/

Wkrótce będziemy Was zarażały naszymi zdobyczami w Strefie Aktywnego Rodzica (pojawią się wpisy), bo warto propagować dobra literaturę dla naszych milusińskich.

Moja mama jest

strażaczką.

Gasi pożary,

a wieczorem gasi światło

w moim pokoju.

Gdy tata ją chwali, oblewa się

rumieńcem. /Strażaczka, Wawrzeniuk, s. 25/

18.10.2015 O tym po co?, dla kogo?, czyli Wy pytacie, a my odpowiadamy

Po wczorajszym wielogodzinnym spotkaniu w naszej siedzibie z ciekawymi kobietami chcę podzielić się z Wami kilkoma refleksjami na temat naszej działalności:

  • Przede wszystkim jesteśmy często pytane o to skąd pomysł na takiego typu działalność?

Odpowiedź mogłaby trwać długie chwile lub zająć kilka stron, ale tak w skrócie brzmi: pomysł wziął się z naszej ogromnej świadomości tego, jak żyją kobiety w Polsce, z jakimi problemami się borykają, w jakie pułapki wpadają, w jakich układach tkwią latami, jak gubią siebie po drodze w codziennym pędzie, jak ulegają manipulacjom, a będąc ofiarami różnorakiej przemocy, żyją w przeświadczeniu: bo to wszystko i tak moja wina, jak „odkładają siebie, swoje kariery, pasje na później”, jak po latach nie potrafią marzyć, jak nie zauważają, że żyją wg. czyjegoś scenariusza, realizują czyjeś cele, jak myślą o sobie jestem za stara, za młoda, za gruba, za brzydka, za głupia ect., jak nieustająco „ratują” wszystkich z opresji, jak zawsze radzą sobie z problemami, jak dają radę bez czyjejkolwiek pomocy, bo nie chcą lub nie potrafią o nią poprosić, jak ciągną lub dźwigają długie lata podwieszonego/ną pod siebie wyzyskiwacza/czkę, lenia czy darmozjada, jak „uzdrawiają” pijaka i moczymordę, jak odgrywają rodzinną i międzysąsiedzką szopkę pt. jesteśmy bardzo porządną rodziną, a X w naszej rodzinie jest jedynie przemęczonym, przepracowanym człowiekiem, ale to dobry ojciec, wspaniały mąż, wyjątkowa teściowa

  • Sporadycznie, ale pojawia się jeszcze pytanie o to, co właściwie dajemy kobietom?

Mogłabym zbyć pytającego/cą odesłaniem do naszej strony, ale tak sobie myślę, że nie sposób zawrzeć na stronie emocji, intencji czy przekonań, tak by wybrzmiewały z każdego z naszych działań. Odpowiem więc: dajemy kobietom miejsce!, miejsce bezpieczne, funkcjonujące w oparciu o szacunek i otwartość i duże pokłady empatii. Ale też stawiamy wymagania wobec naszych gości/ciń: zapraszamy do dyskusji, a nie krytyki, do podejmowania prób rozumienia, a nie odrzucania, do pracy w życzliwej atmosferze, do wzajemnego uczenia się i doświadczania, do zabawy, do zarażania się pasjami, do wspierania w kryzysach…

Dajemy też naszą wiedzę i doświadczenie. Doszkalamy się wciąż u najlepszych w kraju w interesujących nas dziedzinach, czytamy fachową literaturę, podnosimy swoje kwalifikacje, nawiązujemy współpracę z kolejnymi organizacjami, bardziej od nas doświadczonymi, czerpiemy od nich… nie stoimy miejscu!

Dajemy kobietom również czas i ten warsztatowy, i ten poza, na indywidualnych spotkaniach. Długie godziny przeznaczone na poszukiwanie rozwiązań, wyjść z trudnych sytuacji, sposobów na zażegnywanie kryzysów. Ale też czas na zwykłe wysłuchanie o problemie, czas na przyjęcie od kogoś wycinka jego biografii.

  • Często pada pytanie o … siłę.

Nie czujemy się wyjątkowo silne. Nie stawiamy sobie za cel przenoszenia gór i walki przeciwko wszystkiemu, o wszystko i ze wszystkimi. Mamy jasny cel, przekonanie o słuszności naszych działań. Poza tym to, co robimy jest naszą pasją, a to że dostajemy od Was mnóstwo informacji zwrotnych potwierdzających zasadność naszego istnienia i funkcjonowania upewnia nas jeszcze bardziej w tym, że obrałyśmy właściwą drogę. Jesteśmy elastyczne w naszych działaniach i bierzemy pod uwagę potrzeby z jakimi się do nas zgłaszacie, a to nie pozwala nam na nudę i nie dopuszcza do wypalenia.

To wszystko małymi kroczkami, według naszej filozofii życia opartego na CODZIENNIE KROK DO PRZODU.  Bez zbytniego blichtru i pustej reklamy, bo nie na tym chcemy opierać nasze istnienie. Najcenniejsze jest dla nas to, że polecacie nas swoim znajomym, że przysyłacie do nas kolejne osoby, że przyprowadzacie ze sobą kobiety w potrzebie lub tak zwyczajnie ciekawe tego, co robimy. A coraz częściej słyszymy od Was, że o miejscu, które stworzyłyśmy mówicie: NASZA STREFA – nie ma większej nagrody dla nas.

  • Wczoraj pojawiło się też pytanie o to w jaki sposób „oczyszczamy się” z trudnych emocji, „ciężkich tematów” z jakimi przychodzicie do nas?

Z tym różnie bywa, bo to co robimy jest dla nas ważne, a więc każda osoba i jej narracja zostawiają w nas swój ślad. „Oczyszczanie” jest konieczne, tak jak w każdym zawodzie pomagacza/czki. My jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że korzystamy z superwizji, wsparcia fachowców-przyjaciół, ale też umiemy dystansować się od pracy i zajmować własnym rozwojem, realizować inne swoje pasje, cieszyć z wyjazdów, ładować akumulatory na spektaklach, koncertach czy po prostu przy dobrej książce w zaciszu domowym.

!!! A tak na koniec: pamiętajcie, że nie musicie być cały czas silne ponad swoje możliwości, wszechwiedzące i zaradne, udowadniające światu, że nie potrzebujecie niczyjego wsparcia, że same ogarniacie swoje życie, życie Waszego chorego dziecka, starzejących się rodziców czy partnera po wylewie. Praca na trzech etatach, funkcjonowanie w zabieganiu, ściśle wg. kalendarza, przemęczenie odreagowywane na szalonych imprezach niezliczoną ilością wlewanych w siebie drinków, brak stabilizacji uczuciowej, dobrego dla Was seksu, brak czasu na kontakty z ciekawymi ludźmi, brak relaksu i odpoczynku są rozwiązaniami na krótki czas. Nieraz warto się zatrzymać i obejrzeć swoje życie z pozycji widza, z boku. To tak tylko ku refleksji do dzisiejszej popołudniowej kawy.

Przed nami jutrzejszy Krąg Kobiet, czas na spontaniczne spotkanie z kobietami, które już znamy od dawna i z tym, które pojawią się u nas po raz pierwszy. Frekwencja zapowiada się duża, choć nie wysyłałyśmy zaproszeń na Wasze skrzynki mailingowe, nie stworzyłyśmy tym razem wydarzenia, nie puściłyśmy sms-przypominajek. Tak dzieje się dzięki naszemu spójnemu działaniu i konsekwencji, ale przede wszystkim dzięki temu, że do nas wracacie i polecacie nas innym kobietom.

Do zobaczenia więc! Do kolejnych spotkań na warsztatach, na doświadczeniach podczas dramy, na pogaduchach przy kawie, na planowaniu wydarzeń i wyjazdów!

Zmiana jest możliwa u każdego/dej z nas, tylko musi pojawić się ta mała zapalająca iskra. Trzeba o nią dbać, żeby na starcie nie zgasła, przyduszona strachem, obawami, niewiarą, podszeptami innych…

7.10.2015 O wizycie niesamowitej osoby w Strefie Kobiet!

Spotkania, poumawiane wizyty różnych osób: partnerów do współpracy, kobiet doznających przemocy, osób po porady w różnych sprawach… – to u nas niemalże codzienna sprawa.

W ubiegły wtorek ostatnią umówioną osobą była pani A. Wpadła do naszej siedziby, tak, dosłownie wpadła. O kulach wprawdzie, ale za to z jakim impetem! Wulkan energii, optymizmu i zdrowego rozsądku! Aż miło przebywać z  t a k ą  osobą. Mówiła o tym przez co przeszła, ale też o tym jak chce działać, wykorzystując własne doświadczenia.

Późnym wieczorem tego dnia dostałam na skrzynkę internetową poniższą wiadomość:

Dobry wieczór Pani Małgosiu, 

po rozmowie z Panią dostałam takiego kopa energetycznego, że od razu usiadłam i napisałam post na stronę Fundacji, a także uruchomiłam fanpage na FB i jak tylko trochę go ogarnę to dam znać 😀

Pozdrawiam
A.

Post pani A.:

Wielu ludzi uważa, że wiele rzeczy dzieje się przypadkiem. Hmmmm… no cóż, ja nie wierzę w przypadki. Wierzę za to, że odpowiedni ludzie pojawiają się w naszym życiu dokładnie wtedy, kiedy mają się pojawić i kiedy są nam niezbędni, abyśmy mogli pewne rzeczy zrozumieć, a innym razem żeby dać nam impuls do działania.
Jak nowopoznana osoba i dwie godziny rozmowy mogą wpłynąć na drugą osobę? Oj mogą i to bardzo. Dzisiaj poznałam panią Małgosię, gwoli ścisłości poznałyśmy się mailowo parę dni wcześniej, a dzisiaj miałyśmy okazję poznać się osobiście i porozmawiać o wielu ważnych dla nas sprawach.
Moja historia zaczęła się niemal 30 lat temu… Był rok 1987, chodziłam do drugiej klasy szkoły podstawowej. Mieszkaliśmy na wsi, więc drogę do i ze szkoły trzeba było pokonać autobusem. Feralnego dnia, 12 marca, wracałam ze szkoły i przechodząc przez jezdnię wpadłam pod samochód. W tej chwili już nie ważne, czyja była wina, moja, bo się zagapiłam czy kierowcy, który nie zastosował się do przepisów. Wylądowałam w najbliższym szpitalu z siedemnastoma złamaniami i wstrząśnieniem mózgu. Świadkowie twierdzili, że miałam mnóstwo szczęścia, że nie uderzyłam głową o betonową studnię, która była w pobliżu, bo wtedy bym nie przeżyła. Szczęście w nieszczęściu, można powiedzieć. Natomiast nieszczęście w tym szczęściu takie, że trafiłam do lekarza, który dyplom sobie chyba kupił, bo na pewno na niego nie zapracował (i wybaczcie, nie zamierzam za to stwierdzenie nikogo przepraszać).
Ów lekarz poskładał mnie tak, że lewa ręka zaczęła się krzywo zrastać w nadgarstku, prawa ręka ze złamaniem całkowitym z przesunięciem kości miała założony gips do wysokości złamania, a lewą nogę z potrójnym wieloodłamkowym złamaniem, zamiast na wyciąg, włożył w gips. Skutek był taki, że noga spuchła, wdała się gangrena, i ….
Po dwóch tygodniach pobytu w tym szpitalu, przetransportowano mnie do szpitala wojewódzkiego, gdzie trafiłam pod opiekę najwspanialszego ordynatora ortopedii, jaki mógł się wtedy trafić. Źle zrastającą się rękę złamano i złożono ponownie, drugą rękę również poskładano i zabezpieczono odpowiednio i zgodnie ze sztuką lekarską. Natomiast, żeby ratować lewą nogę, zdjęto mi skórę z prawego uda i zrobiono przeszczep. Jednak lekarze ostrzegali, że jeżeli się przeszczep nie przyjmie to grozi mi… amputacja…
Amputacja??!! Jak można powiedzieć dziewięcioletniemu dziecku, że utnie się mu nogę??? Trzy dni, trzy najdłuższe w moim dzieciństwie dni, trwało zanim lekarze orzekli, że przeszczep się przyjął i amputacja nie będzie konieczna. Gdybym nie była zagipsowana od szyi po pięty, to z radości skakałabym pod sufit. Noga niestety nie była już sprawna, ani zdrowa, bo była zabliźniona i sparaliżowana od kolana w dół, ale moja własna.
Nikt jednak nie przewidział skutków długofalowych tych wydarzeń. Noga oczywiście od czasu do czasu dawała o sobie znać, a to bolała, a to spuchła lub była mocno i intensywnie zaczerwieniona. Lekarze zrzucali to na karb tego, że jest, jaka jest po wypadku, więc ja też niczego więcej się nie doszukiwałam. W ten błogi i nieświadomy sposób minęło 25 lat…
Cztery lata temu (rok 2011) piękny, ciepły, majowy dzień, wróciliśmy z mężem z działki. Ja jeszcze poszłam zanieść babci zakupy, które zrobiłam po drodze. Babcia mieszka cztery ulice ode mnie, spacerkiem jest to 15 minut, ja wracałam godzinę czasu i szłam jakbym była pijana. Weszłam do domu i mówię do męża, że jakoś dziwnie się czuję, a on mi na to, żebym zmierzyła temperaturę. Zrobiłam to i własnym oczom nie wierzę… ponad 40 stopni, gdzie przez 25 lat stan podgorączkowy to było wszystko co miałam, jak byłam chora.
Jest piątek wieczorem, przychodnie pozamykane, do szpitala trzeba mieć skierowanie, jedyne co zostaje to przychodnia dyżurna… pominę milczeniem, przez co musi przejść człowiek, który leci przez ręce, bo ma wysoką gorączkę i żadnych innych objawów. Stwierdzenie lekarza, że jak mam tylko gorączkę to on nie może mi pomóc – no halo??!! Gorączka nie bierze się z powietrza.
Summa sumarum – po wielu, niekoniecznie sympatycznych przejściach – zdiagnozowano u mnie ostre zapalenie kości, spowodowane gronkowcem złocistym. Wszystko też znalazło się na odpowiednim miejscu, wszelkie dotychczasowe objawy, których nie można było powiązać z niczym innym, oraz inne dolegliwości, niekoniecznie związane z nogą.
W międzyczasie zmieniłam przychodnię i znów trafiłam w ręce lekarzy z prawdziwego zdarzenia. Próbowali na wszelkie sposoby zaleczyć choróbsko lekami, ale nic z tego nie wyszło. Pod koniec roku trafiłam do szpitala z zaleceniem leczenia operacyjnego. Żaden z młodych lekarzy nie podjął się prowadzenia i podjęcia decyzji odnośnie mojej nogi, dopiero jak ordynator wrócił z konferencji to podjęto decyzję. Ordynator poprosił mnie do gabinetu zabiegowego i w obecności pani opatrunkowej mówi tak: „Pani Aniu, mamy dwie opcje, a w zasadzie trzy…
1. Leczenie operacyjne u nas, ale od razu mówię, że nie mieliśmy do czynienia z tak zaawansowanym stanem zapalnym, więc nie daję więcej jak 10-15% szans na wyleczenie;
2. Leczenie operacyjne w specjalistycznej klinice w Otwocku, gdzie mają oddział leczenia zapaleń kości;
3. Trzecie wyjście, najmniej sympatyczne… amputacja…”
Amputacja??!! Znowu??? No dobra, jestem dorosła, jeżeli to ma mi pomóc, to trzeba tę sprawę przemyśleć… Ale najpierw wypróbujemy opcję nr 2.
Po nowym roku pojechałam do Otwocka – świetny szpital, fantastyczni lekarze – wyczyścili kość i wróciłam do domu. Wszystko było w porządku przez półtora roku. Później wszystko wróciło, można nawet powiedzieć ze zdwojoną siłą. Tyle, że tym razem wiedzieliśmy już co robić.
Najpierw wyniki: OB – 33 (norma 12), CRP (stan zakażenia bakteryjnego – norma 5) – 146 (wynik wydano po dwukrotnej analizie – dopisek z laboratorium) – do lekarza prowadzącego od razu po skierowanie do szpitala. W międzyczasie zapada decyzja – podejmujemy się amputacji – nie podejmuję się, nie podejmujesz się – podejmujemy się – w takich chwilach człowiek dopiero rozumie słowa przysięgi małżeńskiej „… w zdrowiu i w chorobie…”. Będzie ciężko, ale damy sobie radę.
Jadę do szpitala. W szpitalu lekarz pyta, czy nie lepiej byłoby jeszcze raz pojechać do Otwocka? Na co ja odpowiadam, że nie ma problemu, pytanie zasadnicze brzmi jednak: Jak długo będzie dobrze? Pół roku… rok… góra kolejne półtora, ja nie mam na to czasu, mam inne priorytety, które chciałabym zrealizować, a nie martwić się kiedy znów złoży mnie gorączka. Na co lekarz z niedowierzaniem, to chce się pani poddać amputacji? Moja odpowiedź brzmi: Tak, ale kolano zostaje.
Dwa miesiące różnych badań, wyników, prześwietleń, scyntygrafii, rezonansu. Można ratować kolano. Termin operacji początek listopada. Praktycznie do ostatniej chwili – czyli mniej więcej tydzień przed pójściem do szpitala – nikt nie wiedział o tym jaką decyzję podjęliśmy. Jedynie moja siostra wiedziała od samego początku. I odpowiednio wcześnie poinformowałam swojego szefa o zaistniałej sytuacji i o tym, że na jakiś czas będzie trzeba znaleźć zastępstwo, bo niestety nie wiem ile mi zajmie powrót do zdrowia.
4 listopada 2014 roku stawiłam się w szpitalu. Większość ludzi ogromnie się dziwiła, że zdecydowałam się na taki krok, jednak do wszystkich przemawiało tłumaczenie, że mając do wyboru, życie bez nogi, a z protezą versus kwatera na cmentarzu, bo kolejnego ataku mogłam nie przeżyć, to chyba wybór staje się prosty.
Operacja miała miejsce 6 listopada. Nie twierdzę, że nie bolało, bo byłoby to kłamstwo grubymi nićmi szyte. Miałam za to czas na poszukanie informacji maści wszelakiej odnośnie amputacji i rzeczy z nią związanych. Konkluzja jest jednoznaczna – informacje szczątkowe, jedna fundacja, która pomaga osobom po amputacjach, praktycznie zero wsparcia dla takich osób – przy około 15 tysiącach amputacji rocznie w skali kraju??!! Żarty jakieś.
W szpitalu poznałam pana, któremu też amputowano nogę, śmiało mogę powiedzieć, że gdyby nie ja i moje podejście do całej sprawy, i nasze rozmowy, ten człowiek by się załamał do reszty i nigdy nie pogodził z tym, że stracił nogę i musi z tym funkcjonować.
Straciłam nogę, razem z nią osoby, które nie potrafiły się z tym pogodzić, ale odzyskałam zdrowie i szanse na długie życie, zyskałam przyjaciół, którzy mnie wspierają, a przy okazji poszukiwań narodził się „PROJEKT AMPUTACJA” – wiedzy i pomocy osobom w podobnej do mojej sytuacji. Dzięki pani Małgosi z Fundacji Strefa Kobiet zyskałam impuls do działania i wyrwałam się z zastoju, w którym tkwiłam od jakiegoś czasu. Wkrótce… ciąg dalszy 🙂

Pani A., dziękuję za dobre słowa – nigdy ich dość, bo uzupełnianie energii w zawodzie „pomagaczki”, rzeczą niezbędną dla zdrowia jest! Do kontaktów następnych i spełniania się Pani wielu marzeń 🙂

CODZIENNIE KROK DO PRZODU – NATALIA, o zdrowieniu, zwalnianiu i stawaniu się dla siebie coraz ważniejszą osobą!

 

codziennie

W ramach autorskiego projektu CODZIENNIE KROK DO PRZODU zamieszczamy opowieści zwykłych-niezwykłych kobiet, które poznałyśmy w naszej fundacji lub które przewinęły się przez nasze życia przy okazji różnych naszych działań, wyjazdów, wydarzeń. Zaprosiłyśmy je do tego, żeby podzieliły się z innymi swoimi doświadczeniami, żeby opowiedziały o tym, jak udało im się podnieść po różnych życiowych zawirowaniach i nie tylko wstać, ale CODZIENNIE stawiać chociażby ten jeden KROK DO PRZODU! To kobiety, które uwierzyły, że warto się starać i żyć jak najpełniej się tylko da. Kobiety w różnym wieku, z różnych miejsc, z różnym wykształceniem, pochodzeniem, zasobnością portfela – prawdziwa przebogata mozaika!

 

 

Natalię* znamy od kilku lat. Wrażliwa, miła i bardzo ciepła osoba. Pierwsze kontakty przebiegały w sporym rozchwianiu emocjonalnym z jej strony, ale mimo tego zawsze miała w zapasie dużo pogody ducha i życzliwości dla ludzi. Pojawiła się u nas z niewesołą perspektywą swojego dalszego osobistego życia. Dziś ma już wiele zmian za sobą, a wiemy, że chciałaby znacznie więcej i temu dopingujemy.

Natalia jest przykładem dojrzałej kobiety, która doskonale zna swoją wartość, nie zapomina o tym, czego dokonała, co osiągnęła, szczególnie zawodowo, i dzięki temu nie ma w niej zgody na tkwienie w układzie bez perspektyw, na życie w odrętwieniu, na odmawianie sobie zaspokajania własnych potrzeb. Chce się spełniać na każdym polu, a że nie wszystko tu i teraz jest zależne od niej, dokonuje zmian i ulepsza swoje życie tam gdzie tylko może.

Niepotrzebna nam była rozmowa face to face, wiedziałam, że Natalia sama doskonale da sobie radę z naszą propozycją i tak też się stało.

Przeczytajcie, co ma Natalia ma Wam do przekazania.

***

Witam wszystkie Czytelniczki i wszystkich Czytelników.

Kiedy Małgosia zaproponowała mi udział w projekcie, moją pierwszą myślą było – super, fajnie, opowiem o sobie bo fajna jestem i niech się pochwalę.

Potem przyszła refleksja numer dwa – no niby taka jestem fajna, to niby co mam o sobie napisać?… Że pochwalić się? Niby czym?… Właściwie to raczej przeciętna jestem taka, nie jakaś bojowniczka ani za, ani przeciw, przeciwności losu mnie nie zjadają (odpukać) i walczyć z nimi nie muszę, nie tworzę jakichś ambitnych projektów, nie udzielam się bardzo… O czym więc pisać?…

A, pal licho, miało być o mnie to będzie o mnie. I o codziennym kroku do przodu.
Ważne jest to „do przodu”. Bo jak jest przód, to znaczy, że jakiś kierunek jest i wtedy można dokądś podążać. Albo nie podążać, jak się nie chce lub nie może. Ale jak kierunku nie ma, to „krok po kroku” można iść donikąd…

Bo ja tak sobie długo szłam przez życie bez świadomości podążania dokądkolwiek. Życie mnie pchało trochę tu, trochę tam. Szkoły, studia, małżeństwo, dziecko, praca, kariera… wszystko się w odpowiedniej porze pojawiało i jakoś tam się działo. Nawet jeśli czasem wydawało mi się, że niekoniecznie właśnie tego chcę, to jakoś nie miałam chwili na to, aby się zatrzymać, zastanowić, pomyśleć – czy to na pewno mój kierunek jest? Czy to właśnie mój „przód”? Wszystko szło szybko i samo się działo, jedne obowiązki goniły następne, potrzeby rosły, możliwości również, tylko czasu na korzystanie z tych możliwości było jakby coraz mniej. I świadomości coraz mniej. I ciekawości, i radości też coraz mniej.
I tak się doprowadziłam do stanu typowego „praca – dom – spanie – praca – jedzenie – dom – spanie – praca – dom – praca – …” Jak chomiczek w kołowrotku.

Trochę nawet próbowałam robić rzeczy „dla siebie”, ale nawet jak znajdowałam czas na przyjemność, to uparty mózg cały czas gdzieś tam w tle i tak przetwarzał – co, kiedy, gdzie i w jakiej kolejności jeszcze mam zrobić. Czytam sobie książkę (no przecież przyjemność sobie zrobiłam, czyż nie?), ale w głowie nieustanne: „jeszcze przygotować coś tam na sobotę”, „ten raport w pracy to pamiętaj że jeszcze trzeba dopracować”, „nie zapomnij że…”, „ile tam ludzi ma być – chyba ze dwadzieścia?”…
I tak rok po roku. Zmęczenie straszne. I smutno coraz bardziej. I samotnie. No ale przecież „nic złego się nie dzieje” i „no czego ty wymyślasz, dziewczyno?, przecież wszystko gra” – sama tak do siebie mówiłam i sama sobie wmawiałam, że jest dobrze. Przecież rodzinę mam, nikt nie choruje, z pieniędzmi dajemy radę, jest co jeść i gdzie mieszkać, dziecko jakoś się uczy i nie wagaruje, no to – o co kaman?…

W końcu organizm powiedział – dość. Skoro sama nie widziałam, że jest źle, to moje ciało zaczęło mi to wyraźnie dawać do zrozumienia (bo nasze ciała całkiem mądre są – teraz to wiem). Zaczęło boleć. To było ze cztery lata temu.
Chodzenie po lekarzach w poszukiwaniu diagnozy dało tylko jedno – wszystkie badania mówiły, że jestem zdrowa 🙂 . A ból był już taki, że w nocy spać nie mogłam, a nawet jak zasnęłam, to się budziłam przy byle ruchu. Ale zdrowa jestem przecież…

No to jak nie lekarze, to ja sama muszę pomyśleć. I zaczęłam myśleć. W końcu zaczęłam myśleć. O sobie. I o tym, czego może MI potrzeba… Nie mojej mamie, nie dziecku, nie mężowi, nie szefowi, nie koleżance, tylko MI. I wiecie – okazało się, że ja też potrzebuję różnych rzeczy. Jeszcze nie do końca i nie zawsze wiem, jakich. I jeszcze nie do końca wiem, jak je sobie dać…
Ale przynajmniej mam już kierunek – poznać siebie. Poznać siebie bardziej. I poznać świat i jego możliwości. Bo świat ciekawy bardzo jest. I ja też jestem ciekawa. Jestem ciekawa świata i ja jako osoba jestem ciekawa dla świata. Bo fajna jestem 🙂 .

Nadal dużo pracuję, nadal mam dużo obowiązków i właściwie jakby spojrzeć obiektywnie, to tak za dużo to się nie zmieniło. Tylko ja się zmieniłam bardzo i moje podejście do siebie samej i do świata naokoło. Jestem ważna i mam prawo chcieć albo nie chcieć, zgadzać się albo odmawiać. To takie proste, a takie trudne…
Znów mnie wiele rzeczy cieszy. Znów zaczęłam zauważać te rzeczy, które mnie cieszą i dałam im na to szansę. Zauważam siebie samą i widzę, kiedy mam już dość. Uczę się wyciszać, zwalniać, dostrzegać… Te ostatnie parę lat (tak, tak, to nie przychodzi samo ani szybko) dużo pracowałam nad sobą i swoim podejściem do życia, do świata, do siebie i do innych. Teraz się sobie podobam.
Ciało jeszcze czasem boli, ale coraz rzadziej i znacznie, znacznie mniej. Ani w spaniu mi nie przeszkadza, ani żadnych leków nie biorę. Próbuję różnych nowych rzeczy, czytam o wielu fajnych rzeczach, zauważam nowe obszary, które dotychczas albo pomijałam (bo brak czasu) albo lekceważyłam (bo to głupoty jakieś), nowych ludzi spotykam. Ciekawych.
Jeszcze czasem bywają gorsze dni, no ale bez nich nie odczuwałabym przecież tych lepszych. Jeszcze nie wszystko ułożyłam sobie tak, jak bym chciała, ale dzięki temu mam na co czekać i co planować. Jeszcze wiele mam spraw, które czekają na przemyślenie i czasem – podjęcie decyzji. Ale to powoli… Codziennie krok po kroku… Do przodu 🙂 .

PS. Jak widać, teraz popadłam w drugą skrajność – nieuleczalny optymizm 🙂 . Może z czasem trochę mi przejdzie, ale na razie podoba mi się tak, jak jest.

*Natalia – na życzenie osoby piszącej powyższe jej imię zostało zmienione.

30.09.2015 O kobietach samotnych i smutnych, choć z pozoru…

Za każdym razem, gdy przygotowuję materiał na nowy warsztat, którego przesłaniem przewodnim ma być przeciwdziałanie przemocy wobec kobiet, stają mi przed oczami te wszystkie zalęknione, zmęczone czy sfrustrowane kobiety, które pojawiają się w naszej fundacji. Przypominam sobie ich słowa, opowieści… Ale najbardziej wbijają mi się w pamięć ich twarze – te pamiętam dokładnie, nawet jeżeli imiona ulatują z pamięci.

Zaczyna się tak samo: dzwoni telefon, odzywa się kobiecy głos, niepewny, nieufny, ale wreszcie przekonany, że chce przemówić. Rozmawiamy przez chwilę, umawiamy się na spotkanie w fundacji… Domofon, wreszcie się widzimy… W drzwiach pojawia się zwyczajna osoba, jedna z wielu takich, jakie pracują w naszych urzędach, rozliczają nasze podatki, prowadzą swoje drobne biznesy, odprowadzają dzieci do szkoły, spacerują z rodzinami po Jasnych Błonach. Zadbana, miła, jeszcze niepewnie uśmiechnięta… Zasiadamy w zaciszu przy aromatycznej kawie i zaczynamy rozmowę.

To jest tak, że zazwyczaj nie widać śladów po razach na twarzy, sińców na ciele… Najczęściej zresztą w ogóle ich nie ma. Tych fizycznych. Bo tych psychicznych jest już tak wiele, że przestają mieścić się w umyśle: nieustannie dźwięczą słowa, obrazy, cierpnie skóra od wiecznego upokarzania, niemoc życia w zależności zabiera radość zwyczajnego funkcjonowania… Do tego dochodzi złość na samą siebie za dawne wybory, za godzenie się na takie życie, za bierność. I wyrzuty sumienia za to, że dzieci wysłuchują regularnie, są świadkami, rozjemcami nierzadko, za to że współcierpią, izolują się z czasem, zamykają w sobie, przestają szanować. Jednak za każdym razem, jak mantra, pojawiają się myśli, że przecież nie jest tak najgorzej, mamy dom, dwa samochody, jest co jeść, mamy się w co ubrać. On przecież daje pieniądze. Że wylicz i rozlicza? Przecież to on nas utrzymuje, więc to normalne, że chce wiedzieć na co i ile, i czy jest konieczność, to nic złego. Nieraz krzyczy? Bo ma ciężkie chwile w firmie, jest zmęczony? Żąda ciszy i niezawracania mu głowy pierdołami? A co w tym dziwnego? Zajmę się wszystkim, ogarnę wywiadówki dzieciaków, pozałatwiam sprawy. On nie musi nawet wiedzieć. Przecież to takie drobne wyskoki córki, nastolatka, wiadomo. A syn? Nic się nie stało, odzywa się tak do mnie od jakiegoś czasu, ale to dobry chłopak, jest przemęczony, w tych szkołach tyle teraz zadają, poza tym jest dyslektykiem, dojrzewa, nie jest mu łatwo, wiadomo.

A seks? Kto ma o tym czas myśleć? W tym zabieganiu, w natłoku obowiązków. On późno wraca, coś zjada, odpoczywa przy komputerze, relaksuje się, wie pani. Poza tym jest bardzo nerwowy, drażliwy, wypija drinka czy dwa na uspokojenie i zasypia w fotelu, zmęczony, wiadomo. Nieraz jak jest w dobrym humorze, jak w firmie, wie pani, jakiś kontrakt, umowa, sukces… – coś dobrego, jak się zdarza (ja dokładnie nie wiem, bo mi nie mówi, bo i tak bym nie zrozumiała, więc już teraz nawet nie pytam), to wtedy, tak śpimy w jednym łóżku i jest seks… ale to trochę inaczej, niż kiedyś: szybko, w pośpiechu, nieraz trochę… brutalnie z jego strony, ale tylko nieraz, to może dlatego, że tak rzadko i wie pani, facet to inaczej, jak mu się nazbiera, to i się wyżyć musi… No, nie wiem. Szkoda, że już nie tak jak kiedyś.

Właściwie to nie znam jego znajomych. Na biznesowe spotkania chodzi beze mnie, bo mówi, że to nie dla moich uszu, bym się zanudziła. Nieraz z delegacji przywozi mi magnes na lodówkę, ładny zazwyczaj, taki jakiego jeszcze nie mam, bo wie pani, zbieram magnesy.

Nie, nie, za bardzo razem nie wyjeżdżamy, na święta tylko, do rodziców. Mamy dom, rośliny, psy i kota – trzeba pilnować tego, dbać, wie pani, ktoś musi, wszyscy zajęci, szkoła, praca.

Nieraz mi żal, bo zaczęłam doktorat… ale to już tak dawno było. Ale to chyba nawet słuszne było, że zostawiłam, bo co by z tego za pieniądze były. Mąż od razu się wstrzelił w dobrą firmę, wspinał, awansował, to wiadomo, że jemu kolejne szkoły bardziej się przydawały. Ja czekałam aż będzie dla mnie czas i tak z roku na rok, ciągle czegoś trzeba było pilnować… Mąż mi mówił, że to moje prawo sprzed kilkunastu lat, to ja mogę sobie teraz w buty wsadzić. No i chyba już wsadziłam. Trochę szkoda, ale teraz nie czas o tym myśleć – trzeba dzieciaki edukować, bo przed nimi życie.

Takie życie zwyczajne mam, jak innych pewnie. Nie wiem, bo nie mam tu znajomych. Zostałam tu po studiach i tak jakoś wciąż nie było czasu na poznawanie ludzi.

O czym marzę? Nie wiem, nie myślałam o tym… Żeby dzieciakom się udawało. Dla siebie o czym marzę? No, nie wiem… Pomyślę, ale nie wiem teraz.

To fikcyjny monolog oczywiście, bardziej studium wielu przypadków, niż jedna osoba, ale wszystko rzeczywiste i niestety często powtarzalne. Tzw. zwykłe kobiety, z pozoru zadowolone, spełnione, a w rzeczywistości uzależnione, uwikłane, pogubione, bez perspektyw, bez własnych wyzwań i celów, coraz bardziej w środku puste, smutne i zrezygnowane, nieszanujące siebie, pozwalające na brak szacunku ze strony otoczenia.

No nic, wracam do pracy nad warsztatem. Taka refleksja była mi widocznie teraz właśnie potrzebna. Dopracuję weekendowy warsztat dla kobiet, a potem pobiegnę na zajęcia z kobietami, tymi z pozoru zadowolonymi z tego, co mają, a w środku zalęknionymi, bojącymi się odebrać dzwoniący od niego telefon, dzielącymi się z innymi kobietami w kręgu kolejnymi trudnymi opowieściami, cytującymi kolejne obelżywe określenia pod swoim adresem i zadającymi to samo od dawna pytanie: to co ja mam zrobić? przecież on w sumie nie jest taki zły!

Krąg Kobiet – reaktywacja

Za nami pierwsze z cyklu spotkanie Kręgu Kobiet.

Ideą jest tworzenie przyjaznego środowiska skupiającego kobiety, miejsca, w którym kobiety w różnym wieku, z różnymi potrzebami i doświadczeniami będą mogły cyklicznie, raz w miesiącu, spotykać się, dyskutować przy kawie, dzielić się swoimi pomysłami, potrzebami, doświadczeniami czy umiejętnościami z innymi kobietami.

Chętne osoby zapraszamy do podejmowania wraz z nami drobnych działań na rzecz osób starszych, samotnych matek, dzieci z domów dziecka czy innych działań – wszystko zależy od naszych wspólnych pomysłów i chęci.

Spotkania w Kręgu Kobiet to ma być optymalny czas dla Was/nas!

Spotkania są nieodpłatne.

 

Zapraszamy na następne spotkania (w 2015r.: 19X, 16XI, 21XII; w 2016r.: 18I, 22II, 21III, 18IV, 16V). Możesz do nas dołączyć w każdej chwili. Zgłoś się telefonicznie lub mailowo, ponieważ mamy ograniczoną ilość miejsc.

 

Poniedziałkowe spotkanie przebiegało pod hasłem:

 Za chwilę jesień – zbieram, gromadzę, korzystam,

czyli jak zapewniać sobie wszystko, co dla mnie najlepsze? 

ZBIERAM: Zebrałyśmy wstępne informacje o sobie, o swoich zasobach, możliwościach i chęciach.

GROMADZĘ: Zgromadziłyśmy pomysły na najbliższy czas.

KORZYSTAM: Chcemy jak najwięcej zrobić dla siebie w najbliższym czasie, po to by się wzmacniać, uczyć i doświadczać, ale nie mniej ważne są dla nas też inne kobiety –  z nimi podzielimy się naszą wiedzą, czasem i umiejętnościami.

Alicjo, Basiu, Danko, Ewo, Iwonko, Asiu, Mario, Marto, Mileno, Moniko, Natalio, Zuzo – dzięki wielkie za obecność, poczucie humoru i pomysły! Karo – dodatkowo dzięki za zdjęcia.

Do następnego spotkania!

 

Jest moc, bo znamy nasze zasoby i umiemy określić cele, jakie chcemy realizować.

Strona 4 z 9

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén